Bogumił Pacak-Gamalski-Graham
(in English and Polish)
One more of my last ‘good bye’ in Vancouver. But such a happy and beautiful goodbye.
August 2 – famous and fabulous Vancouver Pride Parade and Pride Day. Still miss the old route through Robson and Denman to English Bay beach, for a night of live music and dancing. But maybe it did make sense, changes are good sometimes. As long as the spirit lives on. And it was very obvious that it does.
Nelson Park, Davie Street and indeed the entire Davie Village was bursting with celebrations, dances, little concerts and bars were full to the tilt. From ladies, who decided not to wear but to paint their bras – bravo! Same goes to some guys, who instead of underwear – just wrapped their members in a little piece of golden foil, LOL.
Most of all – smiles, laughter, happiness. The dresses, make-up, costumes were plentiful on board the Skytrain do Burrard Street, and than through the streets up to the Village.
Even I did partake in some impromptu dances (got some applause for my version of ol’ 50-ties swing, with my cane acting as my partner, LOL).
I did recognized, of course, some faces I have known – but forgotten their names since last time we met, so just exchanged hugs and smiles and avoided long talks.
Cała Davie Street i jej okolice były wczoraj jednym wielkim bankietem zabaw, tańców, drinków i stroi (lub ich kompletnym brakiem, ha ha ha). Naturalnie, wszak dopiero przeszła ulicami Vancouveru jego najwieksza parada, pochód, zgromadzenie. Większego wydarzenia od dziesiątków lat w Vancouverze nie ma. Parada Równości, tu nazywana zwyczajnie i bardziej adekwatnie – Paradą Dumy. Dumy z tego kim jesteśmy. Wszyscy i każdy z osobna. Przez lata dawniej (przed przeprowadzką do Nowej Szkocji) na każdej chyba byłem. Naturalnie z moim kochanym Johnem, ale i z przyjaciółmi, z bliskimi. Mama przez lata uwielbiała na nią chodzić. To taki specjalny dzień, gdzie nikt się niczemu i nikomu nie dziwi, nikt nie kręci głową lub nie wznosi oczu ku górze. To prawda, że wszyscy i każdy z osobna jesteśmy trochę inni, trochę dziwnie – więc czemu tego, tej inności nie celebrować?
A wracając zmęczony ale zadowolony, idąc w dół Thurlow Street skręciłem w Haro i tuż przed Burrard zatrzymałem się przy Le Crocodille Restaurant. Dość droga, ale bardzo elegancka restauracja ze wspaniałym francuskim menu. To tutaj, po naszym formalnym ślubie, przyjaciele ze statku zamówili nam stolik i opłaconą kolację przy świecach, ze specjalnym weselnym torcikiem. Tylko my sami we dwoje. To było urocze. Po patrzyłem się przez szybę z daleka na siedzące wewnątrz pary, wydało mi się że ktoś położył mi lekko dłoń na ramieniu, że ktoś szepnął ‘I always do’ … Odpowiedziałem też cicho: I know you do, and I always will.
Parada Dumy zakończona dumą z ciebie, z nas, z tych wszystkich długich lat.



















