Remembrance Day on November 11th

Remembrance Day on November 11th

The day we wear the red poppies attached to our other clothing. Why? Because on Flanders fields in Europe the red blood form thousands of young Canadian and Commonwealth countries soldiers saturated the fields so much, that a carpet of red poppies covered the dead ones mercifully and gave them peace. The final peace.

Did you know that the last soldier killed in that awful war was a Canadian boy from Saskatchewan? He was shot few seconds before the clock on the town’s square struck the 11 th hour. The armistice was signed already, the big guns were silent. That boy just went from his trenches to that little village/town to look around. Near by, stood a German soldier, a sharpshooter. He saw the allied soldier from far away, check the clock on the town’s tower and seeing that the large needle did not reach ’11’ yet – he aimed, pulled the trigger. The Canadian boy fell down instantly. Nothing was gain by it, not a single inch of land moved hands. By the time he gave his last breath – the war was over. The German soldier stopped being his mortal enemy, he stopped being the enemy of the German soldier.

The impossible stupidity of all wars. I remember I wrote a poem about that Saskatchewan boy many, many years ago. Now, every November 11 I remember some of the names of some of the great commanders of the massive armies, remember some of the huge battlefields on the Maginot Line, the gases used to kill silently hundreds of them, the awful swamps red-brown from the blood of the soldiers, who were ordered to climb over the trenches and mount another useless attack on foot and being instantly cut down by first submachine guns. Being cut like flowers by stroke of scythe. Later, after the guns stopped, the war ended – the fields were red not from blood, but from the poppies.

And I remember that lonely boy from Saskatchewan, who never really knew why they were fighting, probably knew from some small school near his town the name of the British king, the one he was going to die for. But why? He ever saw any big town or city in Canada – until he was on the train and saw the stations of Winnipeg, Toronto, finally Montreal, where he boarded a huge ship with hundreds of other boys and went across the huge and cold ocean. I’m sure he become seasick many times.

A boy from the prairies on a ship in the middle of Atlantic! He would have many stories to tell family and friends for many years to come! But he didn’t. He died, in that strange village. After being told by his officer or sergeant that the war is over. He did not tell stories his parents or grandparents. By now his parents are dead, his grandparents are dead, too. If he had any siblings and his siblings had children – they are dead, too. Many years, more than a hundred have passed.

But I remember him, more than any other king, general or Prime Minister from that time in the Commonwealth and Great Britain. Just by now, I am myself so much older than he is. I suppose by now, I am his grandfather?

These were my thoughts on a sunny, colourful Fall’s day, as I walked to the City Hall and our Cenotaph in New Westminster. Later, a short walk through the park to the Armory, a chat with a Captain, who was in command of the troops, who organized the short parade and laying of wreaths. His father (or was it grandfather?) served in the 2nd world war and took part in landing across the Ardens, near Falaise Pocket. I told the captain that my personal friend, Ted Kaminski was a parachuter in the 1st Polish Airborne Division and was dropped along his many friends to support the advance of a tank divisions of allied forces (among them the Canadian 1st Army of general Harry Crerar and the Polish Tank Division of general Stanislav Maczek). The Polish paratroopers were able to encircle major German forces in a Falaise Pocked, thus definitely eliminating a great many casualties of the marching allied tank formations. And I was able many years after the war to meet personally that Polish general of the Armored Division in that battle. I met him In London, I think must have been in 1982. We had nice chat. Therefore the young captain of the Canadian soldiers, whose father fought during the last world war near Falaise, had an invisible connection with my life and people I knew. Through events eighty years ago. Indeed a strange chance encounter.

But most of all, I thought of you, my young boy from Saskatchewan, who died when the clock in some village in Europe struck the 11th hour. When the guns went silent and when you took your last breath.

post scriptum:

just as a side note: over the last forty odd years I observed Remembrance Day every year. Sometime by just solitary or with my husband, individual visit to many Cenotaphs. Once in Calgary, in the late 1980s very officially: in the company of Mayor of Calgary, Canadian general, Commander of the large garrison in Calgary and the President of Polish Combatants Association in front of the Cenotaph, by the 3rd Street, in front of the old Library.

This year is the very first year that, to my shock I must admit, a majority of passers bye on the street did not wear a poppy. It was so noticeable. It shows a tremendous lack of respect to the memory of the people, who gave their life for us to be free in our country. I actually felt angry that these people showed such a cowardly indifference to my boy from Saskatchewan. No more on that subject, but just so you know what I think of you. And it is not much.

Hollow Day, Zaduszki, Dziady. Wczoraj i dziś.

Hollow Day, Zaduszki, Dziady. Wczoraj i dziś.

W strugach deszczu nadchodzi

co roku dzień pamięci –

chwile uniesień, powodzi,

rzeki pragnień i niechęci.

Szlachetne twarze i gęby

wykrzywione, szczerbate:

szczodre kłosy i otręby,

przyjaciel razem z katem.

Trochę tu i trochę tam.

Śmiejesz się i płaczesz sam.

I takoż to jest w ten dzień powracający, jak zły szeląg i jak dobra piosenka. Nawet rymy, których doprawdy nie lubię, same siadają na bieli kartki bez zapytania. Ot tak, okrakiem i bezczelnie, niczym lokalny osiłek na zabawie wiejskiej w jakiejś remizie w zabitej dechami wsi. O! Naturalnie, że Focault język oczyszcza z naleciałości burżuazyjnej naftaliny, że Tatarkiewicz uszlachetnia mowę i pismo klasycznym pięknem prostych kolumn doryckich. Popatrz – nic to nie pomogło wszak. Posłuchaj – słyszysz Bacha, czy słyszysz wielką, hałaśliwą śmieciarę, która zabiera z podwórek opasłe pojemniki na śmieci i odpadki? Nowoczesność i postmodernizm też przegrały, też przegadały wszystko przy szklance wina, jak ich poprzednicy. Tą samą stawkę – jutro. 

Od pokoleń robimy to samo, siadamy do stolika, rozdajemy pięć kart i liczymy, że dostaniemy cztery asy. Pierwszą kartą dostaną jest As, więc podbijamy stawkę kilkakrotnie w górę. Po otrzymaniu kolejnych kart okazuje się jednak, że mamy tylko tego jednego, pierwszego asa i tylko dwie pary: ‘trójki’ i ‘szóstki’. Szanse zwycięstwa diametralnie się zmniejszyły. Ach, jesteś intelektualistą, filozofem, cóż to za gra – poker?! Ty tylko w brydża. Dobrze, graj. Skończyłeś licytację? O, gracie ‘cztery bez atu’ z partnerem! Brawo! Szkoda tylko, że partner ma tylko jednego asa i ani jednego króla … .  Szansę ciągle masz, ale doprawdy tylko minimalną, ciut, ciut ledwie.

To samo zaiste z tą poezją. Czasem rym pcha się przemożenie. Prosisz, tłumaczysz. Koniec końców chwytasz za kołnierz i wyrzucasz za drzwi, basta. A tu guzik, rym wraca przez okno!

Pewne rzeczy, uczucia same wybierają z rymem czy bez. Nie ma co kombinować nowoczesnego jazzu, gdy tylko stara fuga rzecz najprościej wyłoży. Glen Gould może ten temat lepiej wyjaśnić. Tak, tak, wiem. Gould nie żyje od wielu lat. No ale to o ten właśnie dzień chodzi. Tych, których już tylko pamiętamy. Więc tego dnia możesz z nim (żywym, czy martwym) porozmawiać.  Hollow Day, Zaduszny, Dziady – dzień pamiętania. Nie można pamiętać do przodu, tylko do tyłu. A w tyle jest zawsze masa dobrego i masa złego. Nie oszukujmy się, jeśli pamiętamy to naturalnie i te złe też pamiętamy. Rzeki pragnień i niechęci, przyjaciela razem z katem. Bo wszak czasem śmiejesz się i płaczesz sam.

Raport NIK w sprawie IPN (Instytutu Pamięci Narodowej)

Raport NIK w sprawie IPN (Instytutu Pamięci Narodowej)

Nie jestem księgowym, rzeczoznawcą finansowym, nie jestem prokuratorem. Jedyne, co wiem (i będę się z poważną dozą pewności siebie upierał, Że To Wiem) to, że nie jestem idiotą. Zakładam również, że idiotami nie są eksperci Najwyższej Izby Kontroli w państwie polskim. I że – w przeciwieństwie do mnie – oni mają znajomość i ekspertyzę w rzeczoznawstwie finansowym i prawnym.

Otóż wczoraj ogłosili oni Raport i wnioski z niego wynikające nt. ich pełnej kontroli NIK za rok 2023.. Kontrole zaczęto w 2024. To jest okres czasu w którym obecny Prezydent państwa polskiego, Karol Nawrocki był prezesem i pełnym szefem IPN-u. Raport z tej kontroli NIK-u był wobec pana Nawrockiego druzgocący. Tu chodziło tylko o statutową działalność (administrację) Instytutem i jego budżetowo-finansową operatywność. Kiedy podjęto decyzję o przeprowadzeniu pełnej kontroli, Karol Nawrocki jeszcze nie był kandydatem na prezydenta. Wszyscy myślący inteligentnie wiedzieliśmy, że z tego pożal się boże instytutu idzie wielki smród. Nigdy nie sądziłem, że to smród mamony. Kiedy cesarz Wespazjan powiedział o podatku za korzystanie z publicznych toalet: pecunia non olet, winien dodać ‘ale’ – nie śmierdzą pod warunkiem, że to nie są toalety w Instytucie Pamięci Narodowej. Wówczas śmierdzą aż do Wzgórza Kapitolińskiego.

Ale sami posłuchajcie, ja tłumaczyć nie chcę. W dość nudnej formie opowieści księgowego. Bo gdyby mówili to politycy, to ho ho! By barwnie było. Dziwić się nie trudno, że panowie Nawrocki i Trump dość się lubią… W formie nudnej ale jednocześnie powodującej stawanie na baczność włosów na karku, że to było wszystko możliwe.

Czas już żegnać się … a ja nie potrafię

Czas już żegnać się … a ja nie potrafię

W kwietniu 1999 roku poszliśmy w wielkiej arenie General Motors w Vancouverze na koncert Andrea Bocceli. Siedzę teraz i słucham jego dysku ,Romanza’[i].  I krzyczę bezgłośnie.  Bo to wszystko wraca: nasze koncerty, nasze podróże, nasza miłość, nasze marzenia.

Ostatnią ścieżką na dysku jest oczywiście duet „Time to say goodbye” Sary Brightman z Bocellim.  Ileż razy słuchaliśmy tej porywającej i strasznie smutnej piosenki … czas się żegnać już.  A przecież nie był! Nie jeszcze i nie tak.

I podła pogoda za oknem dziś, deszcz w silnych podmuchach wiatru, nie zastanawiając się wiele pomyślałem: posłucham „Romanzy” Bocelliego. I było OK, uwielbiam jego głos, jego interpretacje. Zapomniałem o tej ostatniej ścieżce dyskowej i kompletnie mnie powaliło, gdy popłynęła ta pieśń i Sara Brightman w duecie z Bocellim.

Sara, którą uwielbiał za jej niezapomnianą kreację w roli  Christine Daaé  w „Upiorze w Operze”. Był aż trzykrotnie na tym przedstawieniu: raz jeszcze w Calgary i potem dwukrotnie w Vancouverze, ze mną, ze swoją mamą jeszcze w Calgary i z moją później w Vancouverze.

A teraz, z tym ponurym deszczem zbliża się ten dzień fatalny w listopadzie. Dzień, w którym nadszedł ‘czas powiedzenia żegnaj’. Przeklęty dzień.  W jakiś sposób umarłem wówczas też.

Miesiąc wcześniej, gdzieś o tej porze października jak dziś, wymusiłem na nim przejażdżkę samochodem.  Pojechaliśmy na plażę, pierwszą plażę, na którą pojechaliśmy po przeprowadzce do Nowej Szkocji kilka lat wcześniej.  Wybrałem trasę piękną jesienią przez Cow Bay Road, prowadzącą malowniczą drogą nad wybrzeżem, wzdłuż lasów zielonych jeszcze, aż do tej Haven Beach i słodko-słonych rozlewisk jeziorno-bagiennych przed plażą. Był zadowolony. Ja też. Wiedzieliśmy, że nas czas się kończy. Nie sądziłem, że tak szybko. Zdjęcia poniżej z tego dnia właśnie.

Nigdy, przenigdy nie pogodziłem się z tym. Nie potrafię do dziś.  I nigdy już sobą, takim, jakim byłem, być nie potrafię i nie będę.


[i] „Romanza”, producer PolyGram Group Canada Ltd. (based on 1996 Insieme Srl).

Thanksgiving in solitude – an intimate letter

Thanksgiving in solitude – an intimate letter

Thanksgiving came with crisp, yet sunny day.

What do I have to be thankful for? The anger that still exist wants to scream: the hell with you and your thankfulness: Go away, you – rober of my Love, my life.

But anger is not truly my companion, my alter ego. Even, when at times, we exchange expletives. These moments are rare and short-lived, for what I have left of my life is not worth to be wasted on anger and easy expiative words. I still hold people and places dear to my heart. Mews, parks, rivers, mountains. I know I won’t see some of them anymore, some are non-existent anymore outside of my memory. But … what is truly more real: material world or world contained within ourselves? They used to co-exist within me in equal parts. It seems now, there is less of the outer and more of the inner.

I am almost afraid to go back to my old country, to my cherished and loved family, for I know that I will cheat them a bit – instead of becoming part of them, I will exist in a different space paralleled to their reality. Not outside their world, just paralleled. Like shadows that exist only in certain light, certain angle of your eyesight.

There is more now of what wasn’t as visible before THAT happened: my attachment to poetic verse, to good literature, to musical note. Something that consumes you, troubles you, moves you. Otherwise it is just noise of sounds or noise of words. Yes, there is a lot of just noise in so called art – let’s be honest – even great writers and composers produce a lot of noisy garbage.

Why then, there might be invisible wall between me and my loved ones? Because now it is much more pronounced, much more important to me, and I’m much less willing to hide it from visibility. It became me stronger than before. It filled that empty space left by THAT.

There is always a chance – let me be a clairvoyant about my future – that things will change, that someone will claim that space. Yet, I doubt it very much (and the accent is pronounced strongly on the ‘very much’); first, it is true without any doubt , that is is simply much harder at certain age to offer oneself to someone; second – if I am willing to get involved in a flirt, I am almost shut off from willingness to romantic attachment.

Odysseus

Love was always a mythical and mystical idea living in my soul since very early youth. Not just romance – a love overwhelming, all-powerfull. Many people did dream of it, many are and many will. Few will be successful. Such love is not easy, to a point that, at times, it could be overwhelming, too encompassing and like powerful boa-constrictor. You constantly travel between Elysium and Hades. You are on a boat on Aegean Sea, the starry skies at nighttime are pure joy and awe, but that sea could and will become stormy beyond your endurance and you are pleading with gods to let you return to land and never sail again. Odysseus will be my witness to the truth of this story. (image to the left from Wikimedia Commons under a licence: By Aison – Marie-Lan Nguyen (User:Jastrow), 2008-05-02, CC BY 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4019222

Where were we? Ach, Thanksgiving on sunny and crisp day in Vancouver in 2025. Couldn’t just sit at home and didn’t want to impose on someone’s genuine thanksgiving atmosphere.

Took my camera, my notebook and went to OUR city, city of OUR love. A long walk through streets and places we used to walk together. Reminiscing how it was before THAT. Getting ready to say again ‘goodbye to that city, this time my own, singular goodbye? Perhaps. And perhaps it will be the final goodbye. One more love locked forever in my memory, my soul. Another album in a chest full of other pictures albums… .

Here is the story of that day as seen through the camera lens. My, our streets, parks, cafes, beaches.

Of course, I did have my little dinner at my Melriches Cafe on Davie Street. It was a Thanksgiving Day, after all. And I took out my notebook from the backpack and I scribbled these words. Looked at the other chair at my table. It was empty.

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Straszny smutek mnie dziś ogarnął. Nadszedł gdzieś z chmurami i mgłami jesieni i z odlotem przyjaciela na krótka wizytę do Polski. I nie ten jego odlot, nie ta wizyta w Warszawie, ale kilkugodzinny jego pobyt we Frankfurcie. Frankfurt kocham wyjątkowo. 

Sturm Und Drang[i] tam się zaczął od Goethego i Schillera, synów tego cudownego miasta. Okresu, który do dziś ma , po Renesansie, największy wpływ na charakter Polski i Polaków.  Nolens volens, i mój. Ze wszystkimi tego pozytywnymi negatywnymi konsekwencjami. Mickiewicz widział się zresztą z Goethem, choć nie była to zbyt budująca rozmowa i Goethe przyjął go początkowo chłodno, nie mniej później spotykał się z nim  w Weimarze kilkakroć. Sam Goethe był już uznanym pół-bogiem nowego kierunku i nic mu prawie mało znany poeta z Polski, której na mapie nie było, nie oferował ciekawego wedle jego początkowej opinii.

Nie o Goethem jednak ani o Mickiewiczu chcę tu pisać i nic to z moim uczuciem do Frankfurtu wspólnego nie ma – poza oczywistym faktem, że tam się wychował i urodził i miłe chwile z jego domu-muzeum opodal Klasztoru Karmelitanek wspominam. Miłe było też przesiadywanie zawsze na ławce blisko jego pomnika i blisko pomnika Schillera.

Frankfurt – poza wszelkimi i licznymi atrakcjami dla ducha i ciała (oj, tak – LOL) – to dla mnie kolebka dzisiejszej Europy Centralnej. Mojej Europy. To tu z państwa Franków (stąd nazwa) przybył Karol Wielki i rozpoczął marsz na Pomorze Przednie.  Na Połabach (dzisiejsze tereny Hamburga i Schwerinu), w dolinach Łaby (Elbe) trochę sobie wielokrotnie zęby pokruszył. W tamtym już czasie Połabianie ulegli sporej germanizacji. Z ciekawostek warto dodać, że już w czasach współczesnych ostatni Książę panujący na ziemiach niemieckich, władca Meklemburgii, był w prostej linii potomkiem właśnie Księcia i władcy Słowian połabskich. Karol Wielki tak jego zdolnościami wojskowymi był zafascynowany, że za oddanie hołdu i poddania się woli Karolinga -uznał wasalską władzę tegoż księcia słowiańskiego na ziemi połabskiej.  

Później zwiedzałem oszałamiający wręcz w przepychu pałac tych Książąt w Schwerinie . Oglądałem, to mało – w ogrodach tego parku robiliśmy sesję zdjęciową ślubu mojej córki chrzestnej.  Jakież to losy ludzkie są dziwne, zaiste.

Wracajmy do Frankfurtu jednak kochanego. Pisząc przyjacielowi, co powinien w tymże Frankfurcie zobaczyć – uderzyła mnie realizacja, że ja chyba tam już nigdy nie zawitam. Że pewnie albo tu szczeznę, albo w Polsce gdzieś, krótko po planowanym tam powrocie.  Że już w tym grodzie nad Menem szerokim nie będę chadzał śladami początków nowożytnej Europy, mojej Europy. Nie pójdę tymi szerokimi bulwarami nad tą rzeką z mamą pod rękę, tak jak chadzaliśmy tam –onegdaj zda się .

Czasem zatrzymywałem się tylko, w przelotach, na kilka godzin, czasem na noc lud dwie. Wtedy to ho, ho, poszaleć można było. Stara Hesja nie wiedziała, co to szaleństwa pókim ja tam nie zawitał, LOL.

Mama bardzo Frankfurt lubiła, byliśmy tam razem dwa lub trzy razy. Lubiła lody jeść przy Hauptwache i spacerować powoli bulwarami nad Menem. Nocowaliśmy na ogół w jednym z dwóch hotelików tuż przy Dworcu Głównym, bo były tanie i rano dawali niezłe śniadanie. Raz jeden wracając z Polski do Kanady pojechaliśmy do Frankfurtu pociągiem z Berlina tą przepiękną trasą wzdłuż wijącego się Renu, z wysokimi wzgórzami po obu stronach doliny, wieżami starych niemieckich zamków, koło Ratyzbony skąd przybyła do nas Królowa Rycheza. Potem pociąg skręcał ostro na północ i jechał do Frankfurtu.

Ale – jak zawsze ze mną – prócz szaleństw czas musiał się znaleźć na refleksje, na zachwyt jakimś brylancikiem historii, opowieścią muzyczną lub literacką.  A tych tam dużo. Choćby ta śmieszna rzecz, że Miasto Karola Wielkiego ma barwy biało-czerwone i godło … białego Orła w złotej koronie.

Więc gdym pisał przyjacielowi, jaką ulicą warto przejść … nagle sam chodziłem tymi samymi ulicami pamięci. Dziwne i smutne nieco uczucie. Uczucie-przeczucie?  Gdy bogowie rozdają karty, śmiertelnik musi się z ich wyrokiem pogodzić.

Pożegnanie

Johann Wolfgang Goethe

Niechaj oczy ci wyszepcą
Pożegnanie: wargi drżą
Cięzko, o jak ciężko rzec to…
A dojrzały przeciem mąż!

Jakiż nikły w tym momencie
Każdy uczuć jawny pąk:
Zimne – twoich warg dotknięcie
Słaby – uścisk twoich rąk

Dawniej całus… gdzieś… w pośpiechu – 
O, jak cudny był to szał!
Tak fijołki nam uciechą,
Kto jest w marcu pierwsze rwał.

Nic już nie mam do zerwania – 

Brakło kwiatów, brakło róż:
Wiosna wkoło, miła Franiu,
Dla mnie jesień… jesień już…[ii]


[i] epoka Szturmu i Naporu w kulturze europejskiej, początek romantyzmu

[ii] Pożegnanie – Johann Wolfgang Goethe

The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem

The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem

Dolina Śmierci – tak można nazwać samo stare centrum Vancouveru. Nie, nie te przy pięknym nadbrzeżu Convention Centre, gdzie milionowe jachty lśnią hebanem i kolorowymi żaglami; nie te wokół cudownego, majestatycznego Stanley Park; nie te na urokliwym, jakże przyjacielskim Westendzie;  nie te nad 1, 2 i 3-cią plażą, nawet nie te przy ruchliwej, zwariowanej i uroczej Commercial Drive.

Te w starym centrum handlowo-komercjalnym, u zbiegu poważnych i statecznych arterii z licznymi hotelami z solidnej cegły i kamienia, przy starej, rodem jak z Manhattanu lub Londynu, Bibliotece Carnegie.  Zaraz za Pomnikiem Nieznanego Żołnierza, dwa kroki od uroczego Miasteczka Chińskiego (China Town), dwa kroki do spacerów i alejek wokół False Creek i Planetarium (Science Centre).

               The Valley of Death – how else can you call the old commercial centre of Vancouver? No, not the modern one alongside the Convention Centre, with the view of North Vancouver,  with streets and elegant passages leading to majestic Stanley Park. Not even the slightly abandoned but still full of nice attractions Granville Street. Certainly not the most livable in entire centre of the city West End, the three beaches, Davie Street.

No, not these neighborhoods. I’m talking about the old commercial part of Downtown. The one, where the old main arteries meet together: Hasting, Powell, Cambie, Main. One around the massive Carnegie Library and Pigeon Park with the Cenotaph. Cenotaph – a place we remember those, who died in defense of Canada.

But people still die in that neighborhood, in very big numbers, every day, fighting the losing battle to stay alive for one more day. Most likely, while I am writing these words, someone dropped dead on the pavement there, likely someone I have passed on the street few hours ago. Statistics tell that five of them every day, one hundred fifty five every month.  It is like Covid-in-perpetuity, like AIDS in the 1980’ in New York, in San Francisco.

One can say with an uncomfortable sadness: they brought it upon themselves, their lifestyle choices brought it upon them. But the truth is none of them wanted to die, when they took their first morphine, heroin, fentanyl. There is so many more ways to kill oneself faster, cheaper and without prolonged suffering.

Stoją tam potężne stare gmachy hoteli niegdyś pełne przyjezdnych, marynarzy, turystów; każde z popularnymi – niegdyś – barami, pubami, po drugiej stronie ulicy (jednej z najdłuższych i najbardziej używanej) równie solidne kamienice mieszkalne, na parterach oferujące sklepiki, zakłady rzemieślnicze. Sam niegdyś coś tam kupowałem. Dziś to wszystko jest martwe lub tak żywe, jak staruszek, który właśnie otrzymał od kapłana ostatnie namaszczenie …. Jeszcze żywy … formalnie.

Nigdy nie była to łatwa dzielnica. Pewnie nie była łatwa zanim ja tu się pojawiłem w 1994. Ale była mimo to funkcjonująca. Dziś jedyne, co tam funkcjonuje, to oczekiwanie na śmierć. Wpół zgarbioną, ze spojrzeniem gdzieś poza światem realnym, na krawężniku w zaśmieconym przejściu między budynkami. Ona jedna pamięta o nich, przyjdzie po nich. Mają po dwadzieścia lat, maja po dużo więcej, ale trudno to kreślić. Starsi użytkownicy tych narkotyków wyglądają inaczej, nie mają normalnej kadencji wieku. Może ten mężczyzna, który siedząc pod ścianą na chodniku i właśnie siusia pod siebie ma lat sześćdziesiąt, może tylko czterdzieści? Zgięta wpół kobieta może być kogoś starą babcią, lub kobietą pod czterdziestką. Poza tymi właśnie najmłodszymi, niektórymi atrakcyjnymi i ładnymi – wszyscy mają tu jeden wiek: wiek śmierci.

               I didn’t go there looking for answers, or to offer, one of thousands offered before, simple solution. But I needed to see it. That is Vancouver, too. My Vancouver,  my city that I love dearly.  I wanted to bear witness to that Greek tragedy. To these lives. You need to see it, you need to envelope yourself in that very uncomfortable fabric of decay, grief and sadness.

In the last ten years 58000 people died of it. Currently, every month about fifty five That is a fair size town. A town that just disappeared – with all its inhabitants.

               Dolina Śmierci otoczona zielonymi wzgórzami życia w jednym z najpiękniejszych i jednym z najbogatszych miast na świecie. Być może to jest najsmutniejsze, najtragiczniejsze.

The Valley of Death surrounded by affluence of one of the most beautiful cities in the world.  A city I love.  And it hurts deeply.

Prezydenci

Ktoś kiedyś, gdzieś powiedział: najważniejsze, by ktoś w odpowiednim czasie znalazł się we właściwym miejscu. Nikt już pewnie nie pamięta, kto i kiedy ukuł tą maksymę, ale powtarzana była odtąd tysiące razy. I pasuje jak ulał do wielu specyficznych i ważnych momentów dziejów.  

Często zdarza się, że jest to więcej niż jedna osoba, ale jedną na ogół jakoś się upamiętni, wyróżni w sposób szczególny i odtąd w annałach historii tą osobę będzie się głównie wymieniać, przypominać.

  1. 1914-1918, Polska: Józef Piłsudski – i koniec, kropka. Owszem są tam i Daszyński i Paderewski, i Dmowski. Ale w cieniu, w tle.
  2. 1980-1989, Polska: Lech Wałęsa i koniec, kropka. Znowu: Anna Walentynowicz, Ryszard Bujak, Frasyniuk, Michnik (nie, tam ‘obok’ nie ma jakichkolwiek Kaczyńskich, bo mówię o aktorach ról pierwszoplanowych, a nie o statystach) tylko w tle.
  3. 1989-1990, upadek komunizmu w Rosji i Europie Centralno-Wschodniej na przełomie 1989-90: znowu Wałęsa, Jan Paweł II, Ronald Reagan, i ostatni ‘samowładca’ ZSRR, Michał Gorbaczow (jak później historia udowodniła ponad wszelką wątpliwość, to właśnie ten ostatni ‘komunistyczny car’ był pierwszym i jak dotąd jedynym rosyjskim przywódcą, który był demokratą). I koniec, kropka. Reszta ważnych osób, to tylko tło.

Rok jest teraz 2025, w schyłkowej już fazie. Losy świata ważą się znowu.  Powietrze jest ciężkie, pełne prochu, strach zapalić zapałkę. Przypomina bardziej lata przed wybuchem obu ostatnich wojen światowych niż powiew wiosny z 1981-1989.   Bez wątpienia lata 1938-1939.

Tyle, że groźniej. Dużo groźniej. I dużo, dużo szerzej. Od Bałtyku po Morze Japońskie; od Kalifornii i Alaski po Morze Chińskie. Mocarstw jest dużo więcej. I wystarczająco mocarstwowych, by straty olbrzymie, gigantyczne zadać innym krajom. Kraje małe stały się mocarstwami (Korea Północna, Izrael) mogącymi zapalić lont pod całym globem.

Masowe ludobójstwo (genocide) stało się znowu narzędziem gry politycznej. Międzynarodowe instytucje powołane ‘by nigdy więcej’ i by ‘nikt ponad prawem’ są bezsilne wobec nagiej pięści mającej wsparcie największej opoki demokracji i prawa, która tą opoką być przestała – USA.

               Właśnie dobiegła końca Specjalna Sesja Zgromadzenia ONZ w Nowym Jorku. Organizacji, którą po to właśnie powołano, by ‘nigdy więcej’. Naturalnie górnolotne i szlachetne cele tej organizacji okazały się trochę tylko lepsze i silniejsze od nieboszczki Ligii Narodów z okresu Międzywojnia. Największą siłą ONZ jest opinia publiczna, pręgierz tej opinii. Zwłaszcza w dobie powszechnego, globalnego dostępu do informacji. I reakcje na samej Sali obrad ONZ.

Zatrzymam się na trzech przywódcach. Binjaminie Netanjahu, premierze Izraela, Karolu Nawrockim, prezydencie Polski i Donaldzie Trumpie, prezydencie Stanów Zjednoczonych, warto też wymienić na moment Sergieja Ławrowa – ministra MSZ Rosji.

Tragedia prawdziwie antyczna, niewyobrażalna z niczym prawie w czasach bardziej współczesnych zgotowana przez krwiożerczy, barbarzyński reżym izraelski jest trudna do opisania. Łamanie wszystkich praw, konwencji, umów międzynarodowych. Przy wsparciu cichym i aktywnym Donalda Trumpa. I naturalnie olbrzymiej większości diaspory żydowskiej – ale trzeba bardzo wyraźnie zaznaczyć, że i w tej diasporze, a nawet w samym Izraelu, są grupy i jednostki, które te zbrodnie rządu izraelskiego potępiają, odcinają się od nich. A to duża odwaga cywilna i rzecz niełatwa być Żydem i potępiać akcje państwa żydowskiego. Nisko chylę kapelusza wobec tych osób.

Więc jest ta sesja ONZ. Na mównicę wchodzi Binjamin Netanjahu, szef państwa izraelskiego. Potęgi nuklearnej. Zaczyna opowiadać swoje znane od dawna opowiastki. W tym samym czasie na resztki kompletnie zrujnowanej  i zamienionej w Warszawę po Powstaniu Warszawskim, Gazę – spadają kolejne bomby i armia izraelska wkracza do pełnej okupacji ziem palestyńskich. Okupacji i aneksji tych odwiecznie palestyńskich ziem. Zapowiadają zrobić to samo na terenach Organizacji i rządu palestyńskiego w West Bank (Zachodni Brzeg). Nie będę tu przypominał ni opisywał tego konfliktu. Wszyscy wiemy. Cały świat. Kiedy Netanjahu (człowiek, na którego wydano legalny nakaz aresztowania przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze) zaczyna mówić, powoli wstaje z miejsc olbrzymia większość delegatów na Sesję Plenarną ONZ i demonstracyjnie opuszcza salę obrad. Oskarżony o zbrodnie przeciw ludzkości premier Izraela mówi do pustych foteli i zmuszony jest oglądać z mównicy ten exodus wielu delegacji innych państw.

Jakie to ma znaczenie? Ma, bo widzi to na ekranach telewizorów, telefonów i innych narzędzi masowej komunikacji miliardy ludzi na świecie. Skończyły się czasy poufnych dyskusji gabinetowych.

Król jest nagi. I jest odrażający.

               Na moment tylko (bo nie jest przywódcą swojego kraju) Sergiej Ławrow, jeden z najinteligentniejszych ministrów spraw zagranicznych na świecie, świetny dyplomata.  Z ‘małym ale’: ze względu na fakt jaki rząd i państwo reprezentuje jest nałogowym kłamcą i idealnym przedstawicielem szkoły dyplomatycznej, która opowiada slogany nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Szkoła Kalego – jak Kali ukradnie to dobrze, jak ukradną Kalemu to świństwo[i].

Więc ten rosyjski Kali to robił. Opowiadał (prawdę) o występkach i łamaniu konwencji międzynarodowych przez tzw. Zachód i o tym … jak to Rosja musiała wejść na Ukrainę by … ratować demokrację na Ukrainie i prześladowania języka, ludności, religii i tradycji rosyjskich na Ukrainie. No i podkreślając ‘konstytucyjną nielegalność’ obecnych władz Ukrainy. Godna tradycja najlepszych ministrów spraw zagranicznych Rosji sowieckiej, od Mołotowa poczynając. Rodzaj idealnego dyplomaty Europy XVII i XVIII wieku. Inteligentny, mający świetny wywiad, gotowy służyć i panu Bogu i diabłu jednocześnie. Ot, i wsio na ten temat. Szkoda inkaustu na więcej.

               Donald Trump, prezydent USA.

Uff, oh! Wielki, wspaniały, najmądrzejszy, przystojny. LOL! Tak zadufanego w sobie człowieka na scenie politycznej nie widziano od lat. Kompletnie pozbawiony jakiejkolwiek dozy skromności i taktu. Cezar, demokrata, autokrata, król, cesarz i papież w jednej osobie. Zakochany głównie w sobie i swoich kontach bankowych. Wśród możnych tego świata jest wielu takich. Nikt z nich nie jest – na szczęście – prezydentem mocarstwa. Trump – niestety – jest. Największy pojemnik na wodę gazową z bąbelkami.  Nawet Putin, (choć pamiętamy jego zdjęcie na białym koniu, bez koszuli) tej mydlanej bańce trampowskiej nie dorównuje. Putin to typowy autokrata rosyjski, znający i historię i rozumiejący politykę. Jego zasadniczym celem nie jest budowanie własnego wizerunku bohatera, a odbudowa imperium.  Nieszczęściem Trumpa jest, że urodził się, jako człowiek, a nie orangutan, w dżungli Manhattanu, a nie w dżungli tropikalnej. Tam bicia w piersi koledzy by mu nie wytykali i chętnie wszystkie samice by mu oddawali. A dżungli, jako-takiej by nie zagrażał.

Moralny dowódca nieudanego zamachu i puczu na własną konstytucję i własny Parlament (pierwsza kadencja prezydencka), w czasie drugiej po kilkukrotnym ośmieszeniu się na arenie międzynarodowej – przybrał białe piórka gołąbka pokoju i bez żenady oświadczył, że należy mu się Pokojowa Nagroda Nobla, bo tyle wojen zażegnał na świecie!  Po nieudanej próbie rozwiązania masakry palestyńskiej przez próbę wysiedlenia Palestyńczyków z ich prastarej ojczyzny do Jordanii, Egiptu i Arabii Saudyjskiej, zaoferował samemu przejąć Gazę i wybudować tam nową Trump Tower i zrobić  z Gazy fantastyczny prywatny kurort morski. Chętnych nie było. W Jordanii i Egipcie też.  Urażony ich niewdzięcznością stwierdził, że w takim razie zakończy wojnę w Ukrainie.  Przecież tak dobrze znana i rozumie się z Putinem.  Putin na spotkanie na Alasce się zgodził.  I wystrychnął Donalda na dudka.  Czego się wszyscy spodziewali.  Z Oslo też nie oferowali Nagrody Nobla.  Świat tego geniusza po prostu nie rozumie.

Wracajmy jednak do Sesji Specjalnej ONZ.  Przemawia Donald Trump.  Najpierw informuje (gdybyśmy nie wiedzieli) jaki jest wspaniały i ile Nobli (Pokojowych, oczywiście) powinien dostać.  Potem poucza Europę, co ma zrobić.  I że w końcu, choć częściowo się go na szczęście posłuchała. Potem okazuje się, że nie ma żadnego ocieplenia klimatu ani innych tego typu bzdur. Jego kraj (USA) nigdy nie był w takiej prospericie, jak obecnie.  Zażegnał prawie wszystkie wojny na świecie.  A przede wszystkim powstrzymał kolejną inwazję meksykańską na USA:

Na naszej południowej granicy z pełnym sukcesem powstrzymaliśmy kolosalną inwazję. Przez ostatnie cztery miesiące z rzędu ilość nielegalnych obcych wpuszcznych do naszego kraju równa jest zeru. Trudno uwierzyć, gdy patrzymy wstecz, tylko cztery lata temu to były miliony i miliony ludzi najeżdżających nas z całego świata – z więzień, z zakładów psychiatrycznych, handlarzy narkotyków zewsząd. Najechali nas. Po prostu najechali w tej idiotycznej polityce otwartych granic za prezydentury Biddena. (…)

W moich pierwszych czterech latach ja zbudowałem najwspanialszą ekonomię w historii świata. Mieliśmy najlepszą gospodarkę odkąd istniejemy. I teraz znowu robię to samo, tyle, że teraz nawet lepiej i więcej” (czy to w ogóle możliwe?! – przyp autora)

Potem narzekał, że schody ruchome nie działały i winda zawiodła, i że ONZ się rozpada. No, ale przecież jest ktoś, kto mógł tą ruderę ONZ w pięknym stanie utrzymać. I prawdziwy Trump-handlarz nieruchomości nie wytrzymał:

Wiele lat temu, świetny deweloper z Nowego Jorku, znany jako Donald Trump zaproponował wam renowacje i przebudowę właśnie tego budynku. Pamietam to świetnie. Powiedziałem wtedy, że zrobię to za 500 milionów dolarów –przebudowałbym to przepięknie. Mowiłem o mamurowych podłogach, o terakocie. Mówiłem wam o ścianach z mahoganu … [ii]

To tylko fragmenty krótkie, Trump lubi mówić dużo. Po pouczaniu i napominaniu ONZ, Trump powiedział jeszcze sporo o Europie, Londynie, Australii – o tym, że wszyscy jesteśmy na drodze do piekła, do gwałtów na naszych kobietach, do wprowadzenia nakazów prawa islamskiego w naszych miastach … .  O tym, że Narody Zjednoczone nic nie potrafią zrobić, a tylko wyciągają pieniądze na administrację tej beznadziejnej instytucji. A przecież mogliby się od niego właśnie uczyć, jak to robić.

To było przemówienie Prezydenta Stanów Zjednoczonych na Specjalnej rocznicowej Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Lepszego męża stanu trudno sobie wyobrazić.  Stalin? Mołotow? Mao Tse Tung? Słoneczko Narodów …

Dosyć jednak o tym Mojżeszu, Abrahamie i Mahomecie w jednej osobie. Już tylko niecałe dwa lata, może jakoś bez hekatomby jakiejś się obejdzie. Tylko, że to wyjątkowo złe czasy na takiego prezydenta, gdy świat stoi nad przepaścią kataklizmów wojennych i ekologicznych. Ech …

Teraz dwa słowa o znajomym tegoż Wielkiego Prezydenta, nawet się lubią i trochę podobną znajomość arkanów dyplomacji i wielkiej polityki mają.

 O panu prezydencie RP, Karolu Nawrockim. Otóż pan Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, jako Głowa Państwa na Sesję ONZ też naturalnie pojechał. Towarzyszył mu w tej podróży najwybitniejszy od czasów Władysława Bartoszewskiego polski minister spraw zagranicznych, Radosław Sikorski. Zapewne wiele cennych uwag Prezydentowi Nawrockiemu udzielił przed wystąpieniem w ONZ. Zgodnie ze starą zasadą, że w domu możemy się kłócić i nie lubić, ale na zewnątrz występujemy, jako jedna rodzina i jedno dobro mamy na uwadze.

No i pan prezydent Nawrocki wstąpił na ambonę.  Pardon moi – na mównicę, oczywiście! Początkowo mówił do rzeczy i w miarę sprawnie. Ale potem poszedł w manowce polskiego podwórka politycznego i zaczął  p… . No, tego tam, jak to określić?  Używać pewnej popularnej przyprawy stołowej? Jak już mówił o nienarodzonych i ich prawie do życia i temu podobnych hasłach Ordo Iuris, to słuchać przestałem.  

Ale jeden maleńki a charakterystyczny drobiazg spamiętałem i pewnie już nigdy nie zapomnę. Głupstwo takie trochę. A przez skojarzenie z innym wydarzeniem – utkwiło w pamięci.

Dawniej pewni mówcy polityczni (głównie z dwóch najskrajniejszych odmian ideologicznych: skrajnej prawicy i skrajnej lewicy) lubili akcentować to, co mówią uderzając ręką w pulpit mównicy. Robił to świetnie Władysław Gomułka w Polsce peerelowskiej, pamiętam.  Pewnie dodaje to animuszu głównie temu, co przemawia. Trochę taka własna a’la perkusja. Ale specjalnie utkwił w pamięci inny ‘deplomata’ , I Sekretarz KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, Nikita Chruszczow.  Ten już tam sobie paluszkami po blacie nie biegał – zdjął pantofel i walił nim w mównicę na Sesji Plenarnej ONZ. A co tam, paluszkami niech burżuje stukają!

Otóż pan Karol Nawrocki komunistą zdecydowanie nie jest i basta. Nawet, jeśli nieświadomie coś tam robi, co jest Putinowi na rękę. Bycie nieświadomym lub mało kompetentnym, przestępstwem nie jest. Ale Radek Sikorski zapomniał pouczyć chyba prezydenta Nawrockiego, że nawet paluszkami przy mikrofonie stukać nie należy. Zwłaszcza, gdy to mikrofon nadający na cały świat. No i tak poleciało w ten świat te rytmiczne, perkusyjne stulanie po pulpicie pana prezydenta RP. I już nigdy nie wymarzę z mojej biednej pamięci tego stukania i będę widział w koszmarach taki duet Chruszczowa i Nawrockiego na perkusji.  Ech …


[i] jedna z kolorowych postaci w popularnej powieści  H. Sienkiewicza dla młodzieży, „W pustyni i w puszczy”

[ii] Donald Trump’s full speech at UNGA: Here’s everything the US president said – The Economic Times

Odnaleziony wiersz

Odnaleziony wiersz

Wczorajszego dnia zgubiłem wiersz. W samym centrum starego Vancouveru, na Westendzie. Siedziałem z przyjacielem przy otwartym oknie swojej ulubionej kawiarni na ulicy Davie i przyszedł do mnie sam. Na papierowej serwetce zaczął się zapisywać.  Ktoś jednak do nas podszedł, zaczął rozmowę. Znajomy sprzed kilku miesięcy. Właśnie wybiera się w podróż do Europy i zaczyna ją od Polski.  Widać, że nie jest obieżyświatem, jak ja, boi się tej podróży, tego jak tam się znajdzie, czy podoła, czy porozumie się po angielsku.

Nudzi mnie ta rozmowa, bom ją już z nim właśnie w tej kawiarni przed paroma miesiącami miałem. Przyjaciel jest dużo bardziej rozmowny, zadowolony wręcz i udziela szerokich wyjaśnień na wątpliwości i lęki stroskanego podróżnika.  Nie brał udziału w naszym pierwszym przypadkowym spotkaniu i nie nuży go to. Ja nie lubię przeżuwać, niczym krowa, dwukrotnie tej samej trawy.  No i ten wiersz zaczęty, który w ogóle na naszą rozmowę nie zwraca uwagi. Znudzony tymi tłumaczeniami wyskoczył zwyczajnie przez okno na ulice i tyle go widziałem! Za nic miał gadanie baedekerowskie, przewodnikiem nie mógłby być.

Żal mi trochę tego wiersza-nicponia było i szepnąłem dwa słowa żalu na fejsbuku o tym i lęku czy gdzieś nie sczezł w śmietniku lub nie zdziczał na gałęziach starych świerków w pobliskim Stanley Parku. Znajoma odpisała, że była tam też, że widziała jeden wiersz zaczepiony o gałązkę, dmuchnęła z nadzieją, że przyleci na mój balkon w mieszkaniu. Rano sprawdziłem – nie przyleciał ladaco, zresztą to spory kawałek i pewnie by nie dał rady.

Jadę więc dziś tam ponownie. Może siedzi tam gdzie nie bądź, czeka i jest mu trochę głupio, że jak szczeniak wyskoczył na ulicę.

Zachciało ci się przygody, ladaco! Jakby ta, którą ja ci oferowałem dając ci życie nie była wystarczająco ciekawa. Może i nie była. Ale wiersz młody, nieznający ni świata ni ludzi małolat, cóż może o tym świecie ogromnym wiedzieć? Pewnie nawet jednej choćby książki nie przeczytał, nie spotkał jeszcze choćby jednego innego wiersza! Ach, młodość jest tak nierozważna …

Więc wrócić chciałem, znaleźć go, bo com zaczął, skończyć muszę.

Wiersz, jak cała ulica i jej mieszkańcy, po polsku nie mówi, tylko po angielsku. Więc tak go też i zapisałem, bo sam nie byłby w stanie inaczej siebie odczytać. A nie przystoi, by wiersz sam siebie nie rozumiał.

Melriches on Davie Street

Red is a very bold colour.

Independence is a very sweet feeling.

Davie in West End

has a human air to breath.

     *

Grocery store in the middle:

a place of business, of exchange

money for food. Our daily bread.

Bold ref sign starring at me

sitting by the window in Melriches Café.

That sign announces at Urbi:

“Davie Street Independent”.

     **

It is a busy street, few steps

from the beaches of the ocean.

People move by on the sidewalks.

Some hurry to somewhere,

others saunter about without aim.

They offer a smile, they talk

to each other, greet you with a nod.

Men dress like a woman nonchalantly;

women avoid covering themselves

with expensive jewellery gimmicks.

   ***

Their roles are interchangeable –

some men fancy macho style.

They scream with wardrobes:

I am butch and strong,

your dream fruit hanging from

low tree branches, ready to be picked.

But they scream like that

not to passing women,

but to the passing men.

And women understand their language

without a hint of animosity or jealousy.

    ****

A black crow hurriedly looks

around the cafè’s tables placed

on the side of pavement in search

of tasty morsels that fell to the ground.

They do not leave any tips for the waitress.

         *****

On a bench next to my café

a girl kisses a boy,

just when another glamorous boy

walks for his date with another boy,

and an elderly couple slowly strolls

holding trembling from age hands.

She is grey and her hips are not swaying,

he uses a cane to overcome the typical

aged hips constrictions – the price of experience.

     ******

The street is Home

to all that live here:

the young mother pushing

carriage wit her baby,

older man dressed casually,

with a big ring dangling

from his earlobe made from

stainless steel – it boldly

denotes that he is a macho man,

not a sissy adorned with shiny

jewellery from false gold and silver.

    ******

It is my home, too.

Yet, I have never lived on it.

Had addresses in many cities;

some were truly my homes for a while.

But none of them had a street

I had call: My Home.

I had always returned

here to her – to my street.

Close to my Mole Hill,

to my park I loved so,

the street of my soul,

where you can lose your poem

and find it the next day

waiting for you in an old

café on Davie Street.

(B. Pacak-Gamalski; Vancouver, 2025)