Vancouver był dziś piękny. Naturalnie wszystko wkolorach i barwach Mistrzostw Świata Piłki Nożnej.
Kawałek meczu oglądałem nwet na wielkim ekranie w barze starego Sylvia Hotel. Szkocja i Haiti. Szkocja wygrała 1:0, ale Haitańczycy bez przerwy atakowali i byli w zdecydowanej ofensywie. Ładne zagrania, obie drużyny w świetnej formie.
Dawno zawodów sportowych już nie oglądałem. ale co widziałem dziś podobało mi się.
To już czwarte wielkie wydarzenia sportowe w miastach, gdzie mieszkałem w Kanadzie.
Najpierw Olimpiada Zimowa w Calgary w 1988 – ostatnia bodaj, która nie zniszczyła finansów miasta. Przeciwnie – wsparła je, rozwinęła i była absolutnym plusem dla mieszkańców. Ze względu na pełnione wóczas społeczne funkcje miałem kontakt bezpośredni z polskimi olimpijczykami i dostęp do Wioski Olimpijskiej na terenach Uniwerytetu Calgary, a dzięki temu poznałem tam słynnego Briana Orsera – srebnego mealistę w jeździe figurowej na łyżwach, jednego z najzdolniejszych łyżwiarzy na świecie w tamtej epoce. Potem byłem w Vancouverze w czasie XXI Olimpiady Zimowej w Vancouverze. Nie byłem w niej zaangażowany … ale miałem mały udział w organizowaniu pierwszego w historii igrzysk olimpijskich Pawilonu LGBTQ. Został oficjalnie zaaprobowany przez MKOL[i] i od wówczas stał się częścią kolejnych olimpiad. Ale dla samego miasta i prowincji ta olimpiada wypracowała olbrzymie zadłużenie i kryzys finansowy. I generalnie była miastu zbędna. Zagrały ambicje i emocje polityków. Tylko, że politycy nie opłacają kosztów ze swoich kieszeń – płacą je mieszkańcy miasta. Vancouver i tak sławy szukać nie musi. Było i jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, z olimpiadą czy bez olimpiady. Przez swoje naturalne piękno położenia między górami a oceanem.
W Halifaksie nad Atlantykiem byłem świadkiem (bez jakiegokolwiek udziału formalnego czy nieformalnego) Mistorzstw Świata Juniorów w hokeju na lodzie. Jako, że hokej był wynalazkiem Nowej Szkocji (Woolfville to miejsce narodzin tego sportu) było to wydarzenie bardzo popularne i nie złamało finansowego kręgosłupa prowincji.
Teraz Mistrzostwa Świat w Piłce Nożnej. Też trochę ‘na wyrost’, bo na boga miłego do potentatów tego sportu raczej nie należymy. Ale na szczęście te Mistrzostwa zorganizowane ex equo aż w trzech państwach: Meksyku, USA i Kanadzie.
Piłką nożną zarządza na świecie FIFA[ii], która jest żmiją bardzo wysoko opłacanych ‘działaczy’, ci zaś mają równie wysokie wynagrodzenie i oczekiwania, czego dowodem jest idiotyczne przyznanie idiotycznej „Narody Pokojowej MKOL” dla Trumpa przez idiotę Gianni Infantino (nazwisko niby wskazuje infantylność, ale raczej pies kuty na cztery łapy). A myślałem, że MKOL jest do przyznawania nagród sportowcom za ich osiągnięcia, a nie politykom za działalność ze sportem nie zwiazaną.
Ah, jednej jeszcze olimpiady nie wymieniłem. Jedynej w której brałem udział, jako zawodnik i wygrałem trzy medale! Nie, nie żartuje, poważnie. Mam nawet do dziś w szpargałach odpowiednie dyplomy. Sto lat temu (lub blisko setki, LOL) na Agrykoli warszawskiej była olimpiada szkół średnich. Startowałem tam aż w trzech dyscyplinach: bieg na 100 metrów (zawsze byłem krtókodystansowcem, ha ha ha), skok w dal i … rzut oszczepem. Tym oszczepem trener mnie wybłagał, bo kolega, który miał to zrobić … nie pojawił się. No to rzuciłem. Pierwszy i bodaj ostatni raz w życiu. Dostałem dwa pierwsze miejsca za skok i sprint i trzecie za ten oszczep. Możliwe, że tylko trzech zawodników wystąpiło w tej kategorii i dzięki temu te trzecie miejsce zdobyłem. Nie pamiętam, ale bym się nie ździwił.
Aliści nic bez wiśni! O Vancouverze być miało. Miasto całe przystrojone, wszędzie ślady tego międzynarodowego widowiska. Wokół stadionu i Science Centre ulice pozamykane. Ale ludzie, zwłaszcza młodzi, chodzą grupami i na Granville Street, i na Robson Street i gdziekolwiek. Miło było zwyczajnie popatrzeć.
Proszę Szanownego Państwa – niech wam się nie wydaje bynajmniej, że człowiek prym wiedzie w erotycznych eskapadach, wzdychaniach i ochach w Siódmym Niebie ziemskich pożądań.
A kudy! Natura, gdy wpadnie w więzy chuci o zachodzie słońca – to dopiero chuci żądza!
Takoż i wczorajsza eskapada popołudniowa na kąpiel w bajecznej wodzie zatoki w Crescent Beach. Orły nad głowami, cudownie orzeźwiająca głęboka zielono-stalowa woda, nagrzane głazy i kamienie na brzegu, smażące się w słońcu półdupki nagusów to nic jeszcze, to nie żądza ani chuć – to wzdychania i marzenia dość niezgrabnych istoto ludzkich. Natura o zachodzie – to dopiero orgie niekończące się. Porywające w swoim wieczornym spektaklu kolorów i kształtów! Szerokie rozlewiska Nikomekl River kilka kilometrów za Crescent Beach – to raj przyrody równy Ogrodom Semiramidy.
Więc na Twoje urodziny zrobiłem z tobą długi spacer przez domy i trasy, gdzie mieszkaliśmy, gdzie spacerowaliśmy.
Naturalnie, zacząłem od naszego uroczego, trzypiętrowego domku szeregowego w Guildford Mews. Ile w nim mieliśmy radości, ile pracy włożyliśmy w kompletny remont całego miejsca. Wszystko sami: wymiana podłóg, które sam instalowałem, układanie kafelek w łazience, malowanie, robienie z dość kiepsko zostawionego przez ostatnich właścicieli dużego salonu parterowego uroczego wielkiego pokoju, z którego było wejście do ogrodu. Ach, ogród. Ogród nie można było nazwać ogrodem – to była dzika, zachwaszczona, kompletnie zniszczona przestrzeń. Nawiozłem ziemi, wykarczowałem całe wory chwastów – efektem był bajeczny ogród i nawet kawałek grządek na wiosenne warzywa. Nasz ‘synek’, kochany kot Babu uwielbiał to – co prawda dopiero po kilku dniach, które spędzał sycząc i chowając się po kątach i nie wierząc nam, że sami nie wrócimy do starego mieszkania w Burnaby zostawiając go w tym nowym i nieznanym mu miejscu. Gdy skończyliśmy domek i ogródek, ja … przeniosłem się z sekatorami, piłami i siekierką na wzgórze i bardzo zaniedbaną przestrzeń ‘common property’ poza ogrodem. Kilkaset dolarów i tygodni później było to jedno z ładniejszych miejsc na całym uroczym, zalesionym osiedlu.
Wszystko było blisko, spacerkiem – olbrzymi Guildford Mall, urocza Biblioteka Miejska, gdzie organizowałem z Klubem „Pegaz” spotkania z czytelnikami z całego Vancouveru i połączone zawsze z prezentacją wizualną i muzyczną najlepszych polskich malarzy i kompozytorów z Vancouveru. Świadomie nie wymieniam nazwisk innych osób, które w tej publicznej działalności wielkie mieli zasługi i wysiłek w to wkładany – bo zabrałoby to sporo miejsca. Pisałem już na ten temat sporo dużo wcześniej. Teraz to po prostu mój prywatny, pożegnalny spacer z cieniem mojego Johna – człowieka, który wypełnił moją tęsknotę miłości i wypełnił całe moje życie. Spacer na jego urodziny. Miałby dziś sześćdziesiąt lat. Ciągle smarkacz, psiakość. Nawet dobre kilka lat po śmierci, to ja stałem się starzejącym dziadygą, a on pozostał tym uroczym, kochanym smarkaczem. Wiecznym chłopcem.
Więc po łażeniu na tym naszym starym osiedlu jego uroczymi wąwozami i alejkami, poszliśmy dalej. Trzymaliśmy się za ręce. Nie lubił okazywania czułości publicznie (w przeciwieństwie do mnie, LOL), tym razem jednak szedł obok mnie trzymając moją rękę w swojej. Podejrzewam, że pomagał mu fakt, że prócz mnie nikt go nie mógł widzieć. Poszlismy koło tej biblioteki, potem koło restauracji „Milestones”, gdzie go zabrałem 30 maja 2018 roku, ostatnie jego urodziny w Surrey, zanim wyjechaliśmy samochodami przez całą Kanadę nad drugi ocean.
Potem do kina , gdzie byliśmy na ostatnim chyba filmie oglądanym w kinie, ha ha ha. Byliśmy jeszcze z generacji, gdy do kin się chodziło. Choć ponoć ten nawyk znowu wraca. I dobrze, że wraca. Spod kina zaciągnąłem go w … gęste chaszcze. Nie, nie w tych bezecnych celach, ha ha ha! Do pięknego, naturalnie dzikiego Green Timbers Urban Forest[i]. Mama też uwielbiała tam chodzić nad jeziorko karmić swoje ‘kaczuchy’. Łączane tereny wokół jeziorka były tej niedzieli, jak zaczarowane. Kobierzec olbrzymi żółtych jaskrów i niebiesko-fioletowych łubinów. Jak z rysunków w bajkach dla dzieci. A wszyscy trochę dziećmi – na szczęście – pozostajemy (nie mylić z ‘dziecinnieniem’, bo to inna przypadłość).
Potem już tylko kawałek wzdłuż 100 Alei do naszego ostatniego kondominium na 138 Ulicy. Dwupoziomowe, ale też małym ogródkiem, który też był strasznie zapuszczony. Więc też go oczyściłem, nawiozłem ziemi i też obsadziłem, LOL. Gadałem z tymi kwiatami każdego wieczora, odnoszę wrażenie, że się uśmiechały i radośniej po rozmowie wyglądały… Pewnego dnia, na posesji po drugiej stronie ulicy ktoś wykopał maleńką brzózkę i bezceremonialnie wyrzucił ją na krawężnik ulicy. Więc naturalnie wyszedłem z ogródka i ją przyniosłem. Zasadziłem, przez tydzień lub dwa specjalnymi odżywkami podlewałem – aż jej listki ożyły i widać było, że przetrwała. Jest do dziś, wyrosła bardzo, wysoka aż po dach budynku. Generalnie widać, że nowi mieszkańcy trochę o ogródek dbają, bo nie wygląda na zachwaszczony. To dobrze. A do brzózki zagadałem, pożegnałem się z nią też. Zamrugała listkami? Nie wiem, kłócić się nie będę o szczegóły. Ale niech będzie, że zamrugała – w końcu to moja opowieść ze spaceru, mogę napisać, co chcę. Jak wierzba i król Asoka z poeamtu Leśmiana, czarodzieja polskiego języka.[ii]
I spacer się skończył, a mimo, że pożegnalny nie był smutny, bo jeśli troszkę, to był to smutek rzewny, ciepły, miły …
It was rather late time of the day, but nonetheless I boarded the comfortable coach (with modern mechanical horses under the hood, LOL) of my travelling companion and off we went to our favorable place – South Surrey Crescent Beach. Of course to the wild part of rocky beaches for naturalist (yeah, the ones, who walk and swim void of single piece of clothing).
Water was clear as crystal, cool but very friendly. Love that spot. Afterwards we went for gorgeous paths on natural meadows and marches at the other end of the beach. It’s truly marvelous – remember and respect the rules: it is protected and very delicate area. Follow strictly only the narrow walkways and do not stray into the meadows – the meadows are the kingdom of many little birds, who nest there. There is not many meadows like that in the vicinity of large cities, so do respect it. I was overjoyed.
Sezon plażowo-pływacki rozpoczęty oficjalnie. Pojechaliśmy z przyjacielem wczoraj późnym popołudniem do ulubionej plaży Crescent Beach w South Surrey. Naturalnie na plażę golasów, na kamlotach. Ale woda tam jest cudowna, czysta, nie ma przepełnienia i prawie zawsze wszyscy obok to starzy bywalcy i bardzo respektujący otoczenie i sąsiadów.. Woda zimna jeszcze ale już po pierwszym lekkim szoku bardzo miła do pływania, nurkowania. W odróżnieniu od plaż w Vancouverze wokół English Bay, które tej przezroczystośi i bogactwa morskiej flory i fauny nie posiadają.
Po kąpieli podjechaliśmy, już przy początkach kolorów zachodu słońca, na przeurocze łąki i mokradła drugiego końca Crescent. To tereny pod ochroną, rezerwaty flory i fauny brzegowej. Bajeczne kwiaty i krzewy jakie trudno w pielęgnowanych ogrodach miejskich znaleźć. I ta masa ptasiej drobnicy, która w tych łąkach uwinęła sobie gniazdka. Proszę więc nie schodzić ze ścieżek w te łąki, bo to tak jakby włazić w eleganckie salony w upapranych błotem walonkach. Ten spacer najbardziej mnie zachwycił, bo łąki kocham.
Yesterday was a nice day, sunny. yet not hot. As my last few days were not the best, I decided to give myself some exercise and took the bike, went to the Skytrain and went to Central Park in Burnaby. No, not to the one in New York, LOL.
Always had a sentimental attachment to it and many happy memories. It was a nice idea. Although the part by the stadium and parking lot were totally taken by hundreds of people in colorful long saris and dresses, having their lunches/dinners on the the grass – I ventured into my own long trails, revisiting little hidden gems I remembered very well.
After a while, I biked to the shore of that wonderful lake there, with its green waters, huge carps swimming lazily, ducks and geese.
Was even able to find a nice bench by the shore and just relax. Relax – something I needed. With a book about Andre Gide in hand.
A pair of lovely ducks seemed to be a bit tired of a swarm of young kids, who were making very noisy commotion right on the edge of the lake and it seemed to be too much for the fowl family. So a pair simply walked out off the lake, marched right to my bench and simple sat next to my feet. I understood and agreed with them: too much is sometime too much. Period. There we were, the three of us seeking solitude.
On the way back to the Skytrain I changed my mind. Why taking the train? Burnaby is on a high plateau and New Westminster in the low valley of Fraser River, so why not bike home? Never mind that a long bike on busy streets is not my cup of coffee. But than I found on my phone a direction to take the BC Parkway designed for bikers. Off I went. What a beautiful path! Through places I recognized from many years ago, and places I have never been to (that I remember off). The very last leg of the trail was awful, as it takes you down to Memorial Drive and Highway 99 and you have no choice but bike on the edge of the busy highway with cars and trucks whizzing by. Still, all in all it was a nice experience. An old fart with half-broken leg biking on a long busy highway. LOL.
Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.
By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.
Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.
Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.
Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem. Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.
A 3-ci Maj? No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.
Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!
Traditional for many years now, the Vaisakhi celebrations and parade organized by Khalsa Order in Surrey, draws an amazing crowd of people. That Order of Sikh religion was born by the end of XVII century in India. But for many years now, there is no other place on this planet, were the celebrations are gathering so many participants as in Surrey, in British Columbia.
In past twenty years or so, I have gone to the parade few times admiring the colorful display of their culture. Since my life in Canada is nearing the end – I decided again to see it, and never before have I seen so many participants! Early estimates are of 4500 000 – that is almost half a million people, all organized and served by almost 5000 volunteers! Just amazing.
It started in the temple Gudwara Sahib Dasmesh Darbar by 128 Street and 76 Avenue. There were prayers, huge portraits everywhere of their famous Gurus (religious leaders akin to the Popes in Christianhood), martyrs and mementos of their struggle in India.
Multitude of kiosks served free food to all, who attended the parade. There were stages with traditional music, dancing and singing. And of course beautiful and colorful dresses of woman and men. They all looked very attractive in them. One of th big stage offered lessons of how to wrap their traditional turbans out of very long orange ribbon.
Of course it is not only cultural and religious aspect. One can not forgot that it is also very much a political struggle. Their aim was always to create a separate state on the Indian subcontinent as their religion does not represent the Hinduism teachings nor that of later invading forces of Muslim faith (the Mouguls – stretching from todays Afghanistan, Bangladesh, Pakistan and from th other side the Iranian form of Islam, the Safavid Iran and it’s current version). That created certain tensions and terrorist acts that were perpetrated by some leaders of the Khalsa movement in Canada – exactly in Surrey, but also some in Kamloops and Cowichan Valley – Duncan – on the Vancouver Island). The largest terrorism act ever perpetrated in Canada , was that of exploding large Boeing passenger plane off the coast of Ireland in June 1984 and all 329 people died. The Canadian Sikhs organization Babbar Khalsa was directly involved , as a response to Indira Gandhi (famous Prime Minister of India) atrocities against Sikhs in India. Indira Gandhi herself was later murdered by Siks in India. That terrible terrorist bombing of that Air India flight from Canada to England remains the largest in the history of Canada and one that was totally and probably willfully mismanaged by RCMP investigation, court proceedings and everything and everyone else. A side effect of it was also an assassination plot against Premier of British Columbia Ujjal Dosanjh, which he survived but received almost deadly blows to his skull. It is worth nothing that Dosanjh himself is a Sikh by faith but condemns the violence in the struggle of Sikhs to gain independence in India.
It is believed that now most of Khalsa Order and movement is conducted by peaceful, democratic means. The most known Canadian politician, who is Siks is definitely the former leader of federal NDP, Jagmeet Singh. He is very outspoken in the fight to end poverty in Canada and establishing different tax regime and minimum hourly wage of $20.00. He is very much outspoken about his opposition to terrorist activity and achieving political goals by way of brutal force.
Thomas Mann and Klaus Mann – father and son – have brought me back to reading novels. I have mentioned long time ago, that I have given up that old habit quite a few years ago.
After you consume rather large amount of certain dishes – you got tired of it. You recognize the same sauces, the same spices and little culinary tricks repeated by all writers.
Granted, I am not very verse in all the current new titles – but it takes more than one generation and at least and epoch to change it substantially. I do still browse through the new titles a bit at the beginning, a bit in the middle, and the epilog. It is very predictable, even if put nicely together.
But Klaus Mann, whom I have not read that much in years gone long ago, sparked my interest again in novel. I have written about it on these pages very recently, therefore I will not expand on it again.
Suffice to say, due to my own tragedy of immense Loss, his treatment and writing on the subject of love brought back to me the beauty of love, the sorrow of its end – and absolutely undisputable power of that amazing feeling. No loss is ever going to be greater than the experience of love, and no price is too big to pay for it later.
His stories in three short novels, of Alexander the Great and of two friends and the absolute and delicate way he wrote and composed it were exquisite. His tenderness of portraying these feelings gave me strength to write about them from my own perspective, my own experience. Somehow Klaus Mann became my friend, my confidante. My writing about Love and Loss was like meeting him in a café in Berlin or in Paris, perhaps even in New York and just talking about it. About his searches and mine. Books (good books) do that sometimes to you. Hence my posts were not per se reviews of young Mann’s books, but a case of mutual conversation, in a manner of speech, naturally. Below are links to this texts of mine:
That prompted me to look for his big volume of memoires “The turning point. Thirty-five years in this century”[i]. I went to our Main Library in Vancouver to get that book. They didn’t have it on the shelf but brought it to me from some sort of warehouse room were some books spent for some reasons a solitary life. Not for eternity, mind you, LOL. Maybe it needed some fixing, repairs? It was not in the best shape. After all – that book was published … 84 years ago! Since I liked Thomas already and knew that he wrote about French writer Andre Gide, who happens to be my very much liked writer – I asked for that book, too. This time it was supposed to be on shelf not in some purgatory warehouse. I got the coded number, went to right spot – and the book wasn’t there. Returned to that young library assistant, who got me the big book of Mann memoires and ask him if he could find me that book. He said with a smile: of course, just follow me. I did. But he was going to big section called “English Literature”. So, I stopped him and asked why is going there, instead to were Mann’s book should be. His answer just astonished me and made me giggle a bit. The answer was: well, this book is in English in our catalogue.
God have mercy! – I almost shouted. Instead, I just explained to him – My dear young man, you have that book in English language, but it is a German writer. Therefore it is, as it should be, in “World Literature “section. The same as Victor Hugo, Pablo Neruda, Dostoyevsky and hundreds of other writers, who were of other nationalities and wrote in other languages.
Let me remind you again dear reader – that young and pleasant fellow was an assistant in the Main Library in a very big metropolitan city. O, tempora, o mores …
Back at the right section he did re-checked the shelves from top to bottom and the book really wasn’t there. Too bad, but of course it was not his fault. We were just about to leave when he noticed a book at the bottom and happily announced: there it is! That book about your Gide! I have noticed that book earlier. No, it was not written by Klaus Mann. That was the reason I went to him to help me searching for the right one. That one he pointed to was by another well known writer and I have read his book many, many years ago, when I was working on series of articles about the history of gay-themed literature written often by gay writers or scholars.
By then I was truly tired mentally and physically and my leg was hurting. His jumping the gun and prematurely announcing that fateful: I know proved that he didn’t know and didn’t listen, arrogantly thinking that he did.
Was he an arrogant? Maybe that would be too harsh a judgment. But I wish he listened more acutely and paid more attention to question being raised. After all, he was a library assistant. And I did ask him about a book by Klaus Mann. Not another (albeit very famous in his own right) author.
When I went home I reached to my bookshelves and retrieved from there my copy of Andre Gide “L ‘Immoraliste”[ii] and read it again. What a pleasure.
At the end I was not angry. Actually, it was sort of amusing. I think that it was a good chance (remember – Main Library in major city) of him being a graduate of some university’s (or college, the very least) Humanities Faculty. My librarian in my Junior School was not the nicest lady. But she knew her stuff. It meant she knew books. O tempora, o mores, my dear Cicero, LOL.
Wouldn’t be myself if I have missed the possibility of being … arrogant about well know book. Yes, the very voluminous volume of Klaus Mann (with the help of his dear sister, Erika) autobiography “The turning point. Thirty-five years in this century”. I have borrowed it and had to read it. Well, almost. I did huge portion of it, admittedly. Many scholars admire the book. I thought it was an awful way of writing autobiography. There are few ways to do it interestingly – he just mixed them all together, filled with thousands of totally unimportant details of country, cities he lived in (especially as a very young lad, well before becoming a writer), complicated and not that influential on himself familial connections: just way too much to consume, page after page. I wish it was half as thick. All in a total contrast to a very concise way of writing his novels. There were certainly paragraphs, sections very important to know about him and his world, but at the end it was a dinner that had way too many side dishes. At times, you felt like a guest at a dinner, who just thinks o himself: is it ever going to end? If I still want to read his book about Andre Gide, it is for one reason only: Gide. Thomas was the last good writer (he was a good writer, as I said), who went to Paris and to spent time there and to get to know the great Gide. Gide was already very mature and older writer, decades older then young Mann. Thomas told him, he will write a book about great Andre Gide. Gide, who knew Paul Verlaine and Arthur Rimbaud! All of it, young bisexual Klaus Mann, his adored French poet bisexual Andre Gide and his connection to scandalizing stars of homosexual Paris in XIX century of the decadent period. A story from my forest, and a forest I spent many years of writing about and reading about all of them (except Klaus Mann, whom I just met his year, LOL). Just like that absolutely glorious book published many years ago here in Canada: “Meanville , in another part of the forest”[iii].
[i] “The turning point/thirty-five years in this century”, Klaus Mann, pub. by M.L.B. Fisher, New York, 1944
[ii] A. Gide, “Immoralista”, trans. by Izabella Rogozinska; wyd. Zielona Sowa; Krakow, PL, 2006
[iii] “Meanwhile in another part of the forest. Gay stories from Alice Munro to Yukio Mishima” edited by A. Manguel and C. Stephenson; pub. by Alfred A. Knoph Canada; 1994, Toront
I to czas mój, moja chwla tu powoli dobiega kresu. Tu – na tym kontynencie, który przyjął mnie otwartymi na ościerz drzwiami. Drzwiami, przez które weszło życie i miłość, która ofiarowała niepojęte, upragnione szczęście spotkania człowieka, który dopełnił brakującą całość największych pragnień.
Teraz muszę wracać tam, gdzie te pragnienia się narodziły. Muszę pójść ulicami, zaułkami wielkiego miasta nad starą rzeką. Nie, nie żądałem za dużo, nie sięgałem szczytów niedostępnych człowiekowi. Jeśli człowiek, stworzył bogów na Olimpie, to człowiek miał prawo do boskich marzeń.
A wtedy, w tamtym kraju, gdzie byłem chłopcem było szaro, było biednie, było po prostu brudno. Ale w tamtym biednym kraju grał w parkach Chopin, tam w bibliotekach czekały książki Platona i o Platonie, o tych olimpijskich bogach, ich tragicznych miłościach. Tam starzy aktorzy podszeptywali też ze scen, że może być inaczej, nie tak szaro-brudno. Stare ciotki mądre choć biedne, potwierdzały te mądrości.
Bez tego wszystkiego, bez tamtego tam dzieciństwa i młodości nie miałbym tak wielkich marzeń i pragnień. I być może bym nie pojął, nie poznał tego szczęścia, które tu później mnie spotkało.
Cóż zaś jest stałego w tych wielkich tragediach greckich? Upadek, utrata. Wszyscy herosi, bohaterzy ludzcy i boscy tego doznają. Doznają największych zwycięstw, najwyższych wzlotów, najgorętszych miłości, by je potem stracić. Dlatego, że strata wielka i wielka klęska nie pozwalają tym marzeniom umrzeć, stracić wartość i znaczenie dla kolejnych pokoleń.
Dlatego muszę wrócić, by najmłodszym to potwierdzić, opowiedzieć o tym. Bo nie ma już starych, pięknych ciotek, nie ma profesorów, aktorów i pisarzy tej miary, którzy to we mnie zaszczepili. Ten święty ogień, któremu nie wolno zgasnąć. Pragnień i marzeń, którym nie wolno pozwolić usnąć, które dadzą ci szansę doznać szczęścia największego i straty najboleśniejszej.
Bez tego nie ma boskości, a człowiek jest stworzony do boskości.
Stań odważnie przed lustrem i pokłoń się odbiciu w zwierciadle. Dojrzyj, co ono pokazuje – oto on, bóg złamany, zasmucony, może rozczarowany przez moment. Ale bóg! On, potężny, godny łez i pocałunków. Ty.