Rower, ocean, słońce i wrona

Rower, ocean, słońce i wrona

Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…

Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.

Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.

Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.

Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?

A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.

Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.

Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.

Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.

Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.   

Spacer w Central Park w Burnaby

Spacer w Central Park w Burnaby

Wielkanoc tego roku jest cudowna. Tak jakby wykrzykiwała swoje pierwotne, przedchrześcijańskie znaczenie, swoją starosłowiańską pieśń odnowy, odrodzenia. Ciepło, jak w czerwcu, kwiaty wariują, ptaszki te mniejsze w tych krzewach skaczą i i śpiewają swoje piosenki wabiące partnerki – chodź, zobacz, jakie piękne gniazdko nam wyszykowałem!

Rower ‘pod pachę’ więc wziąłem i do kolejki w kierunku mego kochanego Central Parku w Burnaby. A tam ciżba, szerokimi alejkami aż trudno jechać i trzeba bardzo uważać tyle rodzin, spacerowiczów! A wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. No to i ja zadowolony. Bo uśmiech jest zaraźliwy, bardziej niż ponurowatość i gburstwo. Dobrze, że miałem plecak, to mogłem powoli wszystkie warstwy ubrania ściagać, aż w samych portkach zostałem siedząc w pełnym słońcu wpół pasa nagi. Dzieciaki zachwycone ogladaniem wielkich karpi podpływających do samego brzegu głównego jeziorka w parku. Mama też lubiła te karpie oglądać, gdy tu przjeżdżaliśmy.

Siedzę na ławce tak pół w negliżu i usmiecham się do tej dzieciarni. Pani w średnim wieku siada obok i zaczyna bardzo długa rozmowę. Kiwam głową, uśmiecham się grzecznie … i po chwili orientuję się, że kompletnie jej nie słucham, nie mam pojęcia  co i o czym mówi. Ale dalej się uśmiecham i głową potakuję, ha ha ha. Ona zadowolona, że ma słuchacza wolnego, ja zadowolony, że nie zwracam uwagi na jej szczebiot. Wilk syty i owca cała, a o to w końcu chodzi. Na tym całe tomiska filozofii od tysięcy lat się zasadzają. Zwykłe, proste.

Do stwau ppodchodzi grupa osób w średnim wieku. Słyszę, że rozmawiają po polsku. Miło. Uśmiecham się do nich, ale milcząco. Nie chce mi się jakichś  banalnych gadek zaczynać. Patrze tylko szybko czy znam te osoby, kilka twarzy jakby znajomych, ale nie kogę połaczyć ani z miejscem ani z nazwiskiem. Jedna pani zauważa, że sie patrze, uśmiecha się i mówi: dzień dobry panie Bogumile.  Odpowiadam zaskoczony i skinam głową: dzień dobry pani.  Ale rozmowy podjać nie mam ochoty. Słyszę jeszcze jak podchodzi do swojej grupki i lekko kierując głowę mówi im: to pan Bogumil Pacak-Gamalski tam na ławce. Usmiecham sie i ponownie, ale szybko zaczynam czytać z zajeciem książkę, którą ze sobą zabrałem. Naprawdę, po prostu nie che mi sie rozmawiać z nikim. Chcę patrzeć, obserwować. Wszystko to, ta sielanka wiosenna trochę przypomina oglądanie wystawy impresjonistów francuskich gdzieś w Paryżu, lub obrazów Chełmońskiego w galerii w Krakowie.  Ot i tyle. Dzień dobry, miłego dnia życzę.

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Moje nieustające fscynacje z historią Aleksandra Macedońskiego w wersji przekazanej nam przez Klausa Manna. Eh, Klaus, Klaus, coś ty mi narobił, narozrabial w tej głowie? Przecież znałem tą historię tak dobrze  od dziesięcioleci chyba już. A ty mi tu takie tam inne odcienie, półcienie, zamglenie we mgle sentymentu podsuwasz pod oczy, a z oczu naturalnie wciska mi się to w duszę.  /… /

(pisane w Craft Cafe na bulwarze nad rzeką Fraser w New Westminster)

szkic Hefajstiona w muzeum w Madrycie (ze zbiorów Wikepdii)

Klaus, jak wiedzieć mogłeś, że Aleksander przez dni kilka okrywał całunem pocałunków miłości całe ciało Hefajstiona? Że nie pozwolił dworzanom i żołnierzom oderwać cię od tego ciała, które było strumieniem jego życia właśnie, tego samego niepokonanego nigdy Aleksandra? Aleksandra, który zwyciężył armie całego świata. Aż śmierć tego umiłowanego generała, przyjaciela, kochanka jego nie pokonała. Życiodajnym strumieniem płynącym z macierzyńskiej Pel[i]i? Które było kwiatami Babilonu? Które było złotem Gangesu i Brahmaputry? Które było kolumnami Persepolis[ii]?

Jak wiedzieć mogłeś, że wszystkie stolice świata, tobołki pełne pereł, diamentów, złota i szmaragdów nie mogły kupić biletu powrotnego dla Hefajstiona?

to nie to, czy ten co odszedł dał ci życie

to to, że on był życiem

pytanie jest czy oddałbyś swoje

bo kochałeś

i łzy milczące napłynęły,

bo znikąd rady ni pomocy

dostać nie mogłeś

i byłeś bezbronny i słaby,

jako najniższy z niewolników,

a łzy same popłynęły z oczu

/B. Pacak-Gamalski/

                I otworzyła się brama w ścianie mojego Czasu: bogowie, lub herosi za ich pozwoleniem, przenieśli mnie w te dni okrutne, dni żegnania mego Hefajstiona. Dni, kiedy kładłem się obok niego, podłączonego do sieci różnorodnych elektronicznych czujników wyświetlających na ekranach wykresy symboli przypominających starą grekę z dni Arystotelesa i jego ucznia, Aleksandra; przez usta wpuszczono długiego węża[iii] , który wśliznął się do jego płuc i w równomiernych odstępach wdychał w nie powietrze. Dwa dni i dwie noce byłam do tego łóżka przytroczony siłą niepojetą.  Opowiadałem mu wszystkie dni naszego życia, wszystkie dekady naszych domów i mieszkań, podróży kontynentalnych i lokalnych; wąwozy, góry, wybrzeża oceanów, nasze plaże i nasze balkony.

Próbowano, namawiano, tłumaczono, że muszę odpocząć, pojechać do domu przespać parę godzin. Na końcu do małego pokoiku  przy tej wielkiej sali ICU[iv] wniesiono  jakąś kozetkę i namówiono mnie bym dał sobie czas na krótki sen, obiecując zawiadomić mnie natychmiast o jakiejkolwiek zmianie sytuacji. Uległem namowie i położyłem się. Natychmiast zasnąłem. Gdy się obudziłem zerwałem się z przerażeniem, że spałem.  Pobiegłem błyskawicznie do pokoju mego Hefajstiona z wyrzutem wobec medyków, że pozwolili mi  tak długo spać. Uśmiechnęli się lekko i smutno, jeden z nich odpowiedział: spałeś niecałe piętnaście minut.

Potem zebrało sie konsylium. Poprosili bym siadł przy ich stole: kardiolog, neurolog, pulmonolog i doktor od psychologii. Pani psycholożka była dla mnie, choć nie sądziłem, że jestem chory. Reagowałem dość – zdaniem moim – normalnie  na sytuację w jakiej się znalazłem.

Mówiono ciepło i monotonnie, cicho ale stanowczo: twoje płaty mózgowe na moment nie drgnęły, zostało tylko ciało – bezbronne, że powinienem dać zgodę, by ciebie od tych próbek, od tych węży odłączyć, by twoje ciało mogło też usnąć, bo jest zbyt zmęczone. Pani psycholożka wyjaśniła, że twój duch był świadom życia ostatni raz w moich ramionach, gdy czekałem na karetkę wtulając cię w moje pocałunki, moje wdmuchiwanie w ciebie powietrze. I że wtedy, bez paroksyzmów niemocy odleciałeś w przestrzeń poza naszą.

Nie, nie zerwałem się tak, jak Aleksander i nie wymordowałem tych bezsilnych medyków od ciała i duszy. Rozumiałem, że nie mogę twojego pięknego ciała męczyć ponad miarę, że muszę się nad samolubność i egoizm własny wznieść. Dałem tą zgodę z jednym zastrzeżeniem: po odłączeniu od tych sączek, macek i próbek ja muszę tam wejść i sam z nim tylko pozostać. Co zrobiono i zasłoniono szczelnie kotary, by wzrok kogokolwiek nie ośmielił się mnie i ciebie, Hefajstionie widzieć.

Leżałeś piękny, spokojny, bez drżenia, bez wstrząsów, bez drgań. Łagodny – czekałeś. Położyłem się obok, wtuliłem w ciebie. Całowałem od stóp poczynając, w górę aż do ust, nosa, oczu. Byłeś znowu sobą – kolumną i filarem mojego spokoju. Nawet nie wzbraniałeś od pieszczot ostatnich. Jak dekady wcześniej, gdy oddałeś się kompletnie nad jakimś strumieniem u podnóża wielkich gór – grzbietu Ameryk. Nasza droga od naszej Macedonii do naszego Babilonu. Nasze piękne życie. Nie mogę swoim zwyczajem być zbyt dumny Hefajstionie, muszę za nie podziękować wszystkim bogom wszystkich czasów: archaicznego, antycznego i nowożytnego. Nawet jeśli tych bogów nie było.

Może bogami są wszystkie dusze, które po odłączenu się od ciał, zamieszkują na najwyższych szczytach Atlasu, Himalajów, Kaukazu, Kordylierów, Olimpu i Karkonoszy?


[i] Stolica Mcedonii w czasach Aleksandra Wielkiego

[ii] Stolica starożytnej Persji

[iii] Wąż był symbolem helleńskiego boga sztuki lekarskiej, Asklepiosa

[iv] Intensive Care Unit (oddział intensywnej terapii)

Dzieci poezji i parków

                                                                                                                                             Melriches, March 12.26

Ulica Egzystencji

Uśmiechy ludzi mijanych na chodniku.

Obojętne spojrzenia innych na tymże.

Życie, ludzie mają swoje dzienne sprawy.

Mogą być też zwyczajnie zmęczeni tym dniem.

Późne popołudnie to wszak czas powrotów

z pracy, nie lubianej przez większość – współczesnej

formy pańszczyzny ich przodków. Wymianie

uległy jedynie nazwy, nie zasady.

Wczoraj śnieg wrócił. Mokry. Brudna breja

biało-szara zaległa uliczki między

starymi kamieniczkami i nowymi

wieżowcami, gdzie skryli się mieszczanie

ze wzrokiem utkwionym w szklanych ekranach

telewizorów, zawsze obecnych ręcznych

telefonach, tabletach, komputerach.

Te kamienice i wieżowce nie mają

znaczenia dla bezdomnych. Szukają tylko

jakiegoś nawisu nad parterami tych

kamienic, szklano-stalowych wieżowców.

Miejsca, gdzie mogą usiąść na swoich workach,

które wypełnia ich dobytek, ich wózkach.

Nie zwracają uwagi na mieszczan, którzy

mijają ich obojętnie, przyzwyczajonych

do ich egzystencji: tak widać być musi.

Biedacy i mieszczanie. Dwie Egzystencje.

Idę więc tą ulicą Egzystencji,

i jednak się uśmiecham. Mimo kropelek

deszczu, znajduję w moim mieście kwitnące

magnolie, zawilce i żonkile żółte.

Opodal alejki Kreciego Wzgórza

skromny krzaczek różany z jednym kwiatem,

płonącym żółtym płomykiem-latarenką.

Odwiedziłem wcześniej mój Kościół – Bibliotekę.

Zwrócić jedną książkę i pożyczyć drugą.

Taka wymiana opłatka komunijnego.

Komunia Święta to my. Jesteśmy Komunią,

jesteśmy komunardami paryskimi.

I uśmiecham się znowu popijając

kawę w ulubionej kawiarni na Davie.

Dobrze jest być komunardem. Nie, nie chce być

ani Robespierrem, ani Maratem. Nie.

Wolę być zwykłym komunardem biegnącym

od kawiarenki do kawiarenki paryskiej

z bagietką w jednej ręce, drugą z butelką

taniego wina, krzyczącym: Liberté!

Fraternité! Eh, Egalité zgubiłem!

Nigdy nie będziemy równi, czymś się jednak

odróżniać musimy, aby nie było nudno.

Mój smutek i żal? Moja tęsknota gdzie?

Zawsze są ze mną, dzieci się nie porzuca.

Bogumił Pacak-Gamalski, Vancouver, 2026

6 Symfonia Czajkowskiego w Orpheum w Vancouverze

6 Symfonia Czajkowskiego w Orpheum w Vancouverze

Bardzo dawno temu, bodaj w 2018 byłem z moim Johnem na koncercie Akademii Muzycznej[i].  w ‘Orpheum’ w Vancouverze Pamiętam świetnie, bo grali nie takie łatwe ‘Requiem”[ii]. W Akademii tej często wówczas gościłem i znałem wielu z młodych studentów z całego świata, wielu wykładowców. Wykładała tam wówczas (wykłada w dalszym ciągu w tej samej uczelni) dobra znajoma, pianistka polska Krystyna Tucka. I naturalnie zacny Kim Sun Lee, z którym prowadziłem często długie rozmowy.

Z przyjemnością więc poszedłem do tej naszej filharmonii posłuchać, jak się ci znajomi studenci na formalnym koncercie zachowają, czy nie ulegną zbyt dużej tremie. A nie ulegli, koncert był bardzo udany.

Minęło osiem lat i 1 marca 2026 w tymże samym Orpheum jestem znowu, by słuchać tegorocznych studentów Akademii Muzycznej. Tym razem program jeszcze trudniejszy, obejmujący różne style i epoki muzyki. I, naturalnie to jest już też następna generacja młodych muzyków.

Miejsce, swoim zwyczajem, zająłem na pierwszym balkonie w pierwszym rzędzie, na ostatnim fotelu. Stary zwyczaj, bo i widok całej sceny dobry i siedzą z boku mam możliwość robienia w trakcie swoich notatek, co później ułatwia spisanie wrażeń koncertowych.

Dodatkową miłą atrakcją była część pierwsza z pianistą Forestem Bensonem[iii]. Słyszałem o nim już coś, ale nigdy nie słyszałem jego gry.

Benson grał uroczą uwerturę z Magicznego Fletu Mozarta; Koncert Fortepianowy Nr5 F-dur, Op.103 Saint-Saensa.

Początek Uwertury Mozarta był zbyt delikatny, zbyt nieśmiały. Ale pianista szybko poczuł ducha tej radosnej muzyki, nadał jej właściwy nastrój i tempo.

Muzyka Saint-Saensa nie jest łatwa, to przedział epok muzycznych, przechodzenie z jednej do drugiej. Pełny koncert pianistyczny, więc z całą orkiestrą. I robi to bardzo dobrze. Nie stara się być gwiazdą, a raczej częścią tej muzyki, wespół z orkiestrą. Co mnie trochę zaskoczyło, to prawie niewidoczny kontakt dyrygenta (Ian Parker, ntb. z bardzo dobrym i cenionym życiorysem prowadzenia orkiestr) z pianistą. Oczywiście, że są obok: pianista słyszy orkiestrę, dyrygent słyszy pianistę. Tylko czasem warto ten kontakt wzrokowy ułamkiem sekundy utrzymać, wzrokiem dać znać kiedy i jaki akcent podkreślić. Gdy się jest kapitanem okrętu nie należy zakładać, że Pierwszy Oficer czyta w myślach kapitana … .  Nie mogę powiedzieć, że wykonanie by było lepsze, gdyby ten kontakt był zauważalny. Po prostu nie wiem, bo nie istniał przez większość gry. Może to moje stare przyzwyczajenia jedynie. Na usprawiedliwienie dyrygenta należy jednak przypomnieć, że pianista – choć młody – już z pewnym uznanym dorobkiem, zaś cała orkiestra to … młodzież muzyczna i na pewno więcej kontroli i opieki wymagała niż fortepian. Z sekcji orkiestrowych zdecydowanie należało pochwalić waltornie i oboje, dobre były skrzypce i altówki, na właściwym poziomie wiole i kontrabasy. Szczególnie duże uznanie oddaje młodemu muzykowi za bębnami – świetnie operował młoteczkami i jego ‘divertissementa-kanonady’ były majstersztykiem.

         To było małe, urocze tête-à-tête przed daniem gównym, małe soirée zanim otworzą się wielkie drzwi do bogatego salonu jadalnego. Dziś serwują 6 Symfonię h-moll Czajkowskiego. Symfonię, nomen-omen, nazwaną ‘Patetyczną’. Kompozytor nie wiedział jeszcze, że będzie ona ostatnią większą kompozycją. Na jego niebie zbierały się już czarne chmury spisku potężnych przyjaciół samego kompozytora, ale i przyjaciół dworu carskiego. Romantyczna miłość do syna potężnego arystokraty rosyjskiego zakończyła się sfingowanym pojedynkiem, w którym Czajkowski zgodził się być zastrzelonym[iv]. Nie nawiązując do romantyczno-tragicznych przyczyn śmierci Czajkowskiego, Ian Parker bardzo ładnie w słowie wstępnym wyjaśnił, że nazwa ‘patetyczna’ w języku rosyjskim ma nieco inne brzmienie, bardziej smutne i tragiczne niż w rozumieniu popularnym, et winno być odczytane, jako wielka, wspaniała, podniosła. Chyba wystarczyło takie objaśnienie.

Pierwsze adagio –Allegro non troppo. Dobrze bardzo zagrane. Zwłaszcza solo klarnetu przejmujące; kotły utrzymują i poniekąd narzucają bardzo dobre tempo. Dobra synchronizacja całej orkiestry, zapomina się, że to orkiestra młodych studentów – to po prostu muzycznie dojrzała orkiestra. Równe granie jednej sekcji instrumentalnej udziela się pozostałym sekcjom instrumentalnym. Odnosi się wrażenie, że sami to doceniają i słyszą, dodaje im to skrzydeł, pewności lotu. Przez moment tylko odnosi się wrażenie, że trąbki i tuba opowiadają jakby inna historię, LOL. Ale to moment tylko.

         Allegro con grazia trochę słabsze, brak ‘łagodności’, czułości tej muzyki, choć nie jest zagrane nagannie. Może pomieszały się szyki kto i kiedy dźwiękowi pozwala, jak ptaku ulecieć? Na szczęście nadchodzi moment uroczego walca, który – jak to walc –  który wszystkie instrumenty łagodnie i tanecznie po sali balowej, niczym wodzirej elegancko prowadzi.

Przychodzi finał. Adagio lamentoso. Jak w każdej szanującej się symfonii te ostatnie allegro musi nawiązać muzycznie do części pierwszej, podjąć główny temat muzyczny.

Odniosłem wrażenie, że ta krótka pauza między molto vivace a adagio lamentoso zbyt była krótka. Nie można z walca radosnego ot tak, przeskoczyć do lamentu. To dwa odległe świata emocjonalne, dwa kosmosy uczuć. Być może niezbyt wyraźnie odczytali ruch ręki dyrygenta, pospieszyli się? Gdy jedna sekcja zacznie, wszyscy muszą kontynuować. To tylko drobna uwaga, bom bardzo wyczulony był na ten utwór i jego całą otoczkę historyczną. Przy tym adagiu-lamencie powróciła myśl o młodym Czajkowkim, jego tragicznym romansie… .

Wracajmy do muzyki wszak. Ten finał grany był bardzo dobrze. To była jakby zapowiedź, przepowiednia tragedii, która zawisła nad życiem kompozytora. Fatum płynące, jak jęk, płacz w cieniu kanonady rewolwerowej.

Młodszy brat Piotra, Modest Czajkowski miał powiedzieć, że ta symfonia była ‘elegią po zabitym kochanku’. O tym właśnie myślałem smutno, gdy słuchałem ostatnich taktów tej symfonii w Orpheum.

Czy tak było naprawdę? Teorie jedynie, pół-słowa, szczątki wspomnień rozsiane po carskich i sowieckich archiwach, tak, jak pół-słowa i pół-prawdy o kochanym Fryderyku i jego miłościach i miłostkach …  

Na samym końcu pozostaje muzyka: piękna, szlachetna, smutna i radosna, porywająca i powalająca. Ot, sztuka.

Po koncercie spacer sobie zrobiłem w kierunku naszej Galerii Sztuki. Muzyka musiała się wlec za mną, niczym rozwiana peleryna romantycznego kompozytora. Bo tu nagle inna kultura, inna cywilizacja i inna muzyka grana na elektrycznych organach. Japońska artystka, i to w kimono klasycznym, grała przeuroczo przed Galerią. Posłuchałem, podziękowałem grzecznie, grosik wdowca do puszeczki wrzuciłem i poszedłem dalej stukając kijkiem po chodniku.


[i]Vancouver Academy of Music

[ii]„Messa de Requiem:; G. Verdi; 1874

[iii] Forest Benson, piano

[iv] Historia i kultura: Piotr Czajkowski (1840-1893)

Bridges, lake and crows …

Bridges, lake and crows …

Two stories in one. Bridges, for example. We know in Vancouver, that bridges are the backbone of our transportation. Fraser River is like an impenetrable natural border that separates two entities of our great multi-cities community: huge, deep, unforgivable. There is one equally mighty – it is, of course, the Burrard Inlet with one arm ending in Port Moody, the other in the Indian Arm fiord.

It starts with the poster-like Lions Gate Bridge – hanging over the entrance from English Bay to Burrard Inlet. Its name comes from two characteristic peaks of Coastal Mountains, resembling heads of two huge lions resting atop. Strangely enough, I have seen every morning and every evening almost identical bridge from the windows of our apartment in … Dartmouth. On the other end of Canada, by another ocean – Atlantic. It connects Dartmouth and Halifax. Drove, biked and walked across it probably hundreds of times. The similarity of these bridges was striking. Not by accident – that in Halifax and the one in Vancouver were designed by the same architect, Philip Pratley. In 1938 in Vancouver, and in 1955 in Halifax.

But for the majority of Vancouverites (that includes the majority of the multitudes of cities and town that make up the Greater Vancouver) it is Fraser River. If not for the bridges spanning the River (and a tunnel, very busy and vehemently disliked by travelers) – there would not be any Greater Vancouver. As simple as that.

Relatively new and modern Alex Fraser Bridge, oldest – Patullo, newest and impressive Riverview Bridge, Port Mann, and Golden Ears (connecting to Pitt River Bridge). 

Three of these bridges are very close to my heart: the oldest and first, Patullo; the Riverview, since I watched its ‘birth’ and Port Mann.  

Patullo – the oldest and first one to connect not only huge Surrey to Vancouver’s ports but originally to connect the USA farmers to trains and Vancouver’s ports – simply put: to international trade and shipments. Since I remember it was too old and too small twenty years ago. It outlived its purpose even before the monumental urban transformation of Central Surrey. And now, the other day, I witnessed the beginning of its dismantling starting on Westminster side.

Port Mann – seen it being build in 2012 and remember using the first, older one that was built in 1964, well before my time in Canada before. The current one is by far the most picturesque, especially when you see it from a distance – it appears like huge sails spanning the river.

Also remember, when the construction of Golden Ears Bridge finally connected Surrey and Langley toward Lougheed Highway, and across Pitt River to Maple Ridge.

/last picture – the opening of A.L. Macdonald Bridge in Halifax in 1953/

Lots of memories during my current, last sojourn in a place and land I have spent majority of my life. Thanks to my dear friend, who also likes travels, long walks – we visit many jewels of this amazing jungle of man-made structures of steel and cement and rich array of huge natural parks, beaches, protected areas of wilderness in the middle of this huge land of Greater Vancouver.

One of very dear to my heart is a vast wetland and marches of Burnaby Lake. I used to come here with my husband and my mom for long walks. But have not visited it since late 1990ties, when we moved to Capitol Hill in Burnaby, after our move from Calgary. It is sort of out of the way, tucked in a low laying valley. The other day I talked with my friend about it and he remarked that he has not been there for years, too, and asked suddenly: why don’t we drive today there? We did.

A kingdom of waterfowl and main gathering of thousands of crows for their daily ‘parliament’, that gathers here from all over Greater Vancouver. Nice, long trails for miles to walk, bike. We enjoyed it very much.

 

Vancouver sunsetting, Vancouver’s English Bay

Vancouver sunsetting, Vancouver’s English Bay

The city that was calling me gently with clear morning promising sunshine in late March. I know these calls; I have heard them many times and many years ago.

I did – dutifully – answered them then, and I answered it now. It all started with innocent trip to the architectural gem of our Main Library. While there, I finished reading that wonderful semi-autobiographical novel by Klaus Mann[i].

Few days earlier I was so taken by the soft lyricism of the young protagonists love in the fragment, when one of them, taking advantage of the other’s sleep, gives his lover a long story of their love eternal in a most evocative way, full of softness, gentle care and naked emotion, that can come only from a very young person before life gives them a lesson of hiding the power of emotions. Ah, adulthood is so cruel! And for all the wrong reasons, for it kills or silences, what is the most beautiful and within in our lives.

While reading it again in the Library – that sweetness of these feelings, feelings I remember so well, overtook me. I felt like Luis Amstrong was singing to my ear that beautiful song of his, “What a wonderful world”. Therefore, when I went for a long walk toward Burrard Bridge and further to English Bay beaches toward Stanley Park – I felt like singing and smiling to the world and passers-by.

Of course, I can’t forget to mention the start of the day, that clear morning with the promise of sunshine! I was not the only one happy about it. The Moon, despite a broad light, didn’t want to miss saying ‘hi!’ to the Sun and I waved to him from my balcony.

                I walked on the beaches with my camera, smiled to ships, the ocean and the people. A young fellow, who lives in far away Brazil was doing the same.  We joined our smiles and our amazement. A story ensued. He lives in Rio, I was there many years ago, when I was his age. We continued our walks together for long time. From the beach, uphill Davie. Long talks and walks, good company. The world is smiling, when you smile at it.


[i] “The Pious Dance – the Adventure Story of Young Man” by Klaus Mann

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

Fog and Sun in Vancouver in February

Fog and Sun in Vancouver in February

A walk with glorious sun locked in a deathly battle with thick fog coming from English Bay over the beautiful little streets in Vancouver’s West End.

Battle of Light and Darkness? No, no, no! Nothing of that sort. Fog has nothing of darkness. Au contraire, mon ami. You see, fog is full of light, light that is powerfully condensed, weaved very tightly onto amazing arrases, where you can see all the shadows of shapes, a promise of something that might become. Reality not fully realized, not fully described. A poem, from which some of the ink evaporated, bleached out and you can see only some of the words – the rest of the lines, the stanzas are left to the reader’s imagination. Ha! You are being allowed to finish someone else’s poem; composing anew a song you remember only faintly, fleetingly, few cords perhaps?  Painting a picture that another painter only sketched with just few strokes of a pencil?

That is fog: a promise of shapes, colours. It asks you to be brave in your own creation, your own enormous palette of colours, sounds, and visions. To be a god! Creator! From dust to form. Not a mere believer, follower. Take the steering wheel in your own hands, follow your chart to navigate to lands and islands unspoiled, with birds made from rainbows, beaches with sand made of pure white pearls and fruits, that taste like lips of someone that you love.

               Fog – the master of deception or Demiurge of Land of Dreams?! 

Me? I will take my walk through my Mole Hill by Nelson Park in West End. But remember: a Mole Hill could easily be someone’s Mont Blanc. In a fog, of course.