Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…
Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.
Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.
Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.
Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?
A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.
Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.
Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.
Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.
Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.
Wielkanoc tego roku jest cudowna. Tak jakby wykrzykiwała swoje pierwotne, przedchrześcijańskie znaczenie, swoją starosłowiańską pieśń odnowy, odrodzenia. Ciepło, jak w czerwcu, kwiaty wariują, ptaszki te mniejsze w tych krzewach skaczą i i śpiewają swoje piosenki wabiące partnerki – chodź, zobacz, jakie piękne gniazdko nam wyszykowałem!
Rower ‘pod pachę’ więc wziąłem i do kolejki w kierunku mego kochanego Central Parku w Burnaby. A tam ciżba, szerokimi alejkami aż trudno jechać i trzeba bardzo uważać tyle rodzin, spacerowiczów! A wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. No to i ja zadowolony. Bo uśmiech jest zaraźliwy, bardziej niż ponurowatość i gburstwo. Dobrze, że miałem plecak, to mogłem powoli wszystkie warstwy ubrania ściagać, aż w samych portkach zostałem siedząc w pełnym słońcu wpół pasa nagi. Dzieciaki zachwycone ogladaniem wielkich karpi podpływających do samego brzegu głównego jeziorka w parku. Mama też lubiła te karpie oglądać, gdy tu przjeżdżaliśmy.
Siedzę na ławce tak pół w negliżu i usmiecham się do tej dzieciarni. Pani w średnim wieku siada obok i zaczyna bardzo długa rozmowę. Kiwam głową, uśmiecham się grzecznie … i po chwili orientuję się, że kompletnie jej nie słucham, nie mam pojęcia co i o czym mówi. Ale dalej się uśmiecham i głową potakuję, ha ha ha. Ona zadowolona, że ma słuchacza wolnego, ja zadowolony, że nie zwracam uwagi na jej szczebiot. Wilk syty i owca cała, a o to w końcu chodzi. Na tym całe tomiska filozofii od tysięcy lat się zasadzają. Zwykłe, proste.
Do stwau ppodchodzi grupa osób w średnim wieku. Słyszę, że rozmawiają po polsku. Miło. Uśmiecham się do nich, ale milcząco. Nie chce mi się jakichś banalnych gadek zaczynać. Patrze tylko szybko czy znam te osoby, kilka twarzy jakby znajomych, ale nie kogę połaczyć ani z miejscem ani z nazwiskiem. Jedna pani zauważa, że sie patrze, uśmiecha się i mówi: dzień dobry panie Bogumile. Odpowiadam zaskoczony i skinam głową: dzień dobry pani. Ale rozmowy podjać nie mam ochoty. Słyszę jeszcze jak podchodzi do swojej grupki i lekko kierując głowę mówi im: to pan Bogumil Pacak-Gamalski tam na ławce. Usmiecham sie i ponownie, ale szybko zaczynam czytać z zajeciem książkę, którą ze sobą zabrałem. Naprawdę, po prostu nie che mi sie rozmawiać z nikim. Chcę patrzeć, obserwować. Wszystko to, ta sielanka wiosenna trochę przypomina oglądanie wystawy impresjonistów francuskich gdzieś w Paryżu, lub obrazów Chełmońskiego w galerii w Krakowie. Ot i tyle. Dzień dobry, miłego dnia życzę.
Moje nieustające fscynacje z historią Aleksandra Macedońskiego w wersji przekazanej nam przez Klausa Manna. Eh, Klaus, Klaus, coś ty mi narobił, narozrabial w tej głowie? Przecież znałem tą historię tak dobrze od dziesięcioleci chyba już. A ty mi tu takie tam inne odcienie, półcienie, zamglenie we mgle sentymentu podsuwasz pod oczy, a z oczu naturalnie wciska mi się to w duszę. /… /
(pisane w Craft Cafe na bulwarze nad rzeką Fraser w New Westminster)
szkic Hefajstiona w muzeum w Madrycie (ze zbiorów Wikepdii)
Klaus, jak wiedzieć mogłeś, że Aleksander przez dni kilka okrywał całunem pocałunków miłości całe ciało Hefajstiona? Że nie pozwolił dworzanom i żołnierzom oderwać cię od tego ciała, które było strumieniem jego życia właśnie, tego samego niepokonanego nigdy Aleksandra? Aleksandra, który zwyciężył armie całego świata. Aż śmierć tego umiłowanego generała, przyjaciela, kochanka jego nie pokonała. Życiodajnym strumieniem płynącym z macierzyńskiej Pel[i]i? Które było kwiatami Babilonu? Które było złotem Gangesu i Brahmaputry? Które było kolumnami Persepolis[ii]?
Jak wiedzieć mogłeś, że wszystkie stolice świata, tobołki pełne pereł, diamentów, złota i szmaragdów nie mogły kupić biletu powrotnego dla Hefajstiona?
to nie to, czy ten co odszedł dał ci życie
to to, że on był życiem
pytanie jest czy oddałbyś swoje
bo kochałeś
i łzy milczące napłynęły,
bo znikąd rady ni pomocy
dostać nie mogłeś
i byłeś bezbronny i słaby,
jako najniższy z niewolników,
a łzy same popłynęły z oczu
/B. Pacak-Gamalski/
I otworzyła się brama w ścianie mojego Czasu: bogowie, lub herosi za ich pozwoleniem, przenieśli mnie w te dni okrutne, dni żegnania mego Hefajstiona. Dni, kiedy kładłem się obok niego, podłączonego do sieci różnorodnych elektronicznych czujników wyświetlających na ekranach wykresy symboli przypominających starą grekę z dni Arystotelesa i jego ucznia, Aleksandra; przez usta wpuszczono długiego węża[iii] , który wśliznął się do jego płuc i w równomiernych odstępach wdychał w nie powietrze. Dwa dni i dwie noce byłam do tego łóżka przytroczony siłą niepojetą. Opowiadałem mu wszystkie dni naszego życia, wszystkie dekady naszych domów i mieszkań, podróży kontynentalnych i lokalnych; wąwozy, góry, wybrzeża oceanów, nasze plaże i nasze balkony.
Próbowano, namawiano, tłumaczono, że muszę odpocząć, pojechać do domu przespać parę godzin. Na końcu do małego pokoiku przy tej wielkiej sali ICU[iv] wniesiono jakąś kozetkę i namówiono mnie bym dał sobie czas na krótki sen, obiecując zawiadomić mnie natychmiast o jakiejkolwiek zmianie sytuacji. Uległem namowie i położyłem się. Natychmiast zasnąłem. Gdy się obudziłem zerwałem się z przerażeniem, że spałem. Pobiegłem błyskawicznie do pokoju mego Hefajstiona z wyrzutem wobec medyków, że pozwolili mi tak długo spać. Uśmiechnęli się lekko i smutno, jeden z nich odpowiedział: spałeś niecałe piętnaście minut.
Potem zebrało sie konsylium. Poprosili bym siadł przy ich stole: kardiolog, neurolog, pulmonolog i doktor od psychologii. Pani psycholożka była dla mnie, choć nie sądziłem, że jestem chory. Reagowałem dość – zdaniem moim – normalnie na sytuację w jakiej się znalazłem.
Mówiono ciepło i monotonnie, cicho ale stanowczo: twoje płaty mózgowe na moment nie drgnęły, zostało tylko ciało – bezbronne, że powinienem dać zgodę, by ciebie od tych próbek, od tych węży odłączyć, by twoje ciało mogło też usnąć, bo jest zbyt zmęczone. Pani psycholożka wyjaśniła, że twój duch był świadom życia ostatni raz w moich ramionach, gdy czekałem na karetkę wtulając cię w moje pocałunki, moje wdmuchiwanie w ciebie powietrze. I że wtedy, bez paroksyzmów niemocy odleciałeś w przestrzeń poza naszą.
Nie, nie zerwałem się tak, jak Aleksander i nie wymordowałem tych bezsilnych medyków od ciała i duszy. Rozumiałem, że nie mogę twojego pięknego ciała męczyć ponad miarę, że muszę się nad samolubność i egoizm własny wznieść. Dałem tą zgodę z jednym zastrzeżeniem: po odłączeniu od tych sączek, macek i próbek ja muszę tam wejść i sam z nim tylko pozostać. Co zrobiono i zasłoniono szczelnie kotary, by wzrok kogokolwiek nie ośmielił się mnie i ciebie, Hefajstionie widzieć.
Leżałeś piękny, spokojny, bez drżenia, bez wstrząsów, bez drgań. Łagodny – czekałeś. Położyłem się obok, wtuliłem w ciebie. Całowałem od stóp poczynając, w górę aż do ust, nosa, oczu. Byłeś znowu sobą – kolumną i filarem mojego spokoju. Nawet nie wzbraniałeś od pieszczot ostatnich. Jak dekady wcześniej, gdy oddałeś się kompletnie nad jakimś strumieniem u podnóża wielkich gór – grzbietu Ameryk. Nasza droga od naszej Macedonii do naszego Babilonu. Nasze piękne życie. Nie mogę swoim zwyczajem być zbyt dumny Hefajstionie, muszę za nie podziękować wszystkim bogom wszystkich czasów: archaicznego, antycznego i nowożytnego. Nawet jeśli tych bogów nie było.
Może bogami są wszystkie dusze, które po odłączenu się od ciał, zamieszkują na najwyższych szczytach Atlasu, Himalajów, Kaukazu, Kordylierów, Olimpu i Karkonoszy?
[i] Stolica Mcedonii w czasach Aleksandra Wielkiego
It is the most beautiful time of the year in Vancouver, particularly in the West End and around the Lost Lagoon, the charming gateway to Stanley Park. On a sunny day is all a song, a poem. The time of flowering umbrellas of rosy cherry trees, of majestic magnolias, and the tiny flowers of children sprouting from the soil in multitude of colours. The singing birds returned to their nests, their homes on the branches of massive trees. Their colossal migration almost done, they are back at home. A reflection comes to mind: just as my migration finishes. Back home, all the way from the shores of mighty Atlantic, across the vast continent.
With a book in hand I read familiar story of another traveler: Alexander, the young king of Macedonia. I have read many accounts of the ancient story written by historian and writers. The story of conquests and of battles and a story of searching for love.
Yes, there were numerous battles small and great; there were many corpses of his soldiers and generals – but all of it does not matter. In the annals of history of man there are always battlefields and dead bodies strewn on the banks of some great rivers, on the shores of some seas.
But the quest for love is different than the quest for land, or hegemony. The quest for love is worthy of all and every battle and the only thing when murder and death are excusable. For what is greater than She after all? She gives meaning to live and She excuses death.
Alexander and Hephaestion
hunting a stag
As I read the story again[i] – the battles and the fallen soldiers and generals do not matter to me. It is the travel through lands unknown bringing chances of love and romances that matters to me. How had it changed him? Each culture enriched him, each lovemaking, with a woman or man made him different, too. He was no longer Alexander of Macedonia, no longer even Macedonian nor Greek. He was the Great Alexander. Man, who could have had anyone and anything. Did he? Did he quenched his thirst, filled his hunger?
At the very end: was it one, big irony that his conquer had defeated him? Whom should I ask? Gilgamesh[ii] or the great poet Rumi[iii] of XCCC century Persia?
Indeed funny, that it brings me to these names. Not to Shakespeare, or even Dante Alighieri – they are just famous copiers of stories of ancient Love Immortal, or very much deadly indeed – Love Mortal.
The story, a tale perhaps, as told by no one other than Klaus Mann (himself a hunter of love) brings me my own memory. As he (Mann) of Alexander’s stay in Babylon – the cradle of civilization – he recounts the young king visit and tribute to Ishtar[iv], who was so instrumental for the fate of Gilgamesh. Moreover, he mentions Alexander visit to the temple of Marduk [p. 89]. The temple was from the times of king Nebuchadnezzar[v] .
I have never been a sculptor. Yet, in the equally ancient time of my childhood, being maybe a boy of twelve, maybe thirteen, I did with my own hands sculpted from the red clay of Masovia a small figurine of Marduk sitting on a large throne, with his beard coiffure intricately in layers – the way the Bavylonians did in the time of Nebuchadnezzar. Ha! A friend of my father (who was, unlike me, a formally trained sculptor) grabbed that sculpture of mine, called it ‘marvelous’ and took it to some local small museum somewhere in or around Olsztyn in Masurian forest. Never seen it since, nor heard of it again, LOL. Perhaps it still is on some dusty shelf there (where exactly?), LOL. Sufficient to say I have never sculpted again. There is certainly enough of Rodins in Louvres of the world.
The old gods of Syria and Mesopotamia did not touched me and Marduk wasn’t exactly a god of love, more a god of war and revenge. Nonetheless, a god. But let’s go to our Alexander. Our lovely, terrifying, amorous, beautiful and merciless Boy-King in his quest for love. Love – the only thing that is immortal in the lives of silly kings and heroes through our entire history.
Mann states: ‘He wanted to be loved, and nothing was more important to him.’ [p. 89] .
I am not a sculptor, I am just a poet. Let me try to say it clearly in versed form:
In the Gardens of Semiramis love grew
in rows on cascading steps of all colours;
of aromas conquering their souls and hearts.
Was it forever mine to claim, cherish, to behold?
When my king will lead me to battle
and I will be slain by a sword or an arrow –
I will be happy to say: I have been loved
and I was in love. My destiny was fulfilled.
(by B. Pacak-Gamalski, March 2026)
Alexander galloping through Asia on his beloved Bucephallus comes to Egypt. There he wants his lover to be made a god. Immortal. Hephaestion is denied the transformation (as given previously for Alexander himself) and is forced to be contained with a lesser denomination as a hero. But it is of no use for him, he already was given the ultimate prize, the highest possibly – a love eternal from his Beloved himself – Alexander. When he dies Alexander weeps for days as he lays on the body of his friend and lover, when he dies. Soon after that tragic death, Alexander dies himself. Did he loved as much the young eunuch boy, so beautiful Bagoas? He did likely in the moment they were kissing, but his soul was already given totally to Hephaestion.
Gods are not very forgiving to people for their all-consuming great loves. It threatens the love and adoration they expect from men toward the gods, not other mortals. But gods are blind, too. They think too much of themselves, perhaps they love themselves too much? For everything is mortal: people, heroes and gods. The only thing immortal is Love itself.
I should know a bit about it, for I have met Love once in my short journey. Au Wiedersefen, Herr Mann, goodbye my dear god-like Alexander.
[i] Klaus Mann “Alexander”, pub. Hesperus Press Ltd; London, 2007
Czasem wiersz jest najlepszym sposobem ‘rozmowy z lustrem’, wiwisekcji splątanych węzłów życia. Tłumaczyłem na tych łamach kilkakroć w przeszłości, że wiersz nigdy nie powinien być pisany dla wszystkich (zwłaszcza nie dla wydawców, krytyków, dla ludzi-czytelników). ‘Ludzie-czytelnicy’ to liczba mnoga, a wiersz to liczba indywidualna. Wiersz należy zawsze i bezwzględnie pisać tylko do jednego czytelnika, słuchacza, adresata. To musi być intymna rozmowa dwóch podmiotów: wiersza i czytelnika. Jeśli masz coś intymnego do powiedzenia przyjacielowi nie możesz tego robić na wiecu. Nawet spotkanie autorskie nie zwalnia nas z tego obowiązku. Każdy słuchacz musi wiedzieć, czuć, że ten wiersz teraz czytany jest właśnie dla niego. Bo w wierszu odsłaniamy swą całkowitą bezbronność, swoje najkruchsze ego. Swoją słabość, która jest jedyną siłą, jaką posiadamy.
Naturalnie jest poezja pompatyczna, do ludzkości, do narodu. Bzdura. I ta najbardziej pompatyczna jest zawsze tylko dla jednego czytelnika – tego, który ją teraz czyta lub słyszy. Inaczej jest blagą, oszustwem oczekującym na akceptację tłumu. Każde spotkanie ze sztuką jest przeżyciem prywatnym, intymnym.
Inne epoki, czasy odległe inną miały miarę i oczekiwania. XIX i XX wiek kompletnie to wywróciły i odrzuciły. Dały wolność jednostce, temu ja i ty, które jest początkiem i końcem kontaktów międzyludzkich.
Od czasów niespodziewanej i nagłej śmierci mojego męża wiersze, które piszę są rodzajem kontynuowania moich rozmów z nim. W okrutnym czasie tuż po tej Stracie z naturalnych względów były tym – opisem Straty, jej okrucieństwa i pustki, aktem niezgody, oskarżaniem bogów i siebie, że do tego dopuściliśmy, że Czasu nie zatrzymaliśmy. To było naturalne. Ale Kosmos i bogowie mnie nie opuścili, nie zdradzili. Tragedie indywidualne godne eposów antycznych zdarzają się stale. Czemu? Nie wiem. Fatum? Czy istnieje coś takiego? Też nie wiem.
Do życia – innego zupełnie i nieznanego mi przedtem – jednak wróciłem. Ciągle zachwyca mnie moment, zachwyca – też mimo wszystko – człowiek, jego piękno i jego ból, jego kruchość i potęga. I odtąd te wiersze, to zapis moich rozmów z nim – mom najbliższym przyjacielem. To mój pierwszy indywidualny, pojedynczy czytelnik-słuchacz. Gdy wiersz wychodzi ‘w świat’ (publikacja, spotkanie poetyckie) – tą rozmowę podejmuję z każdym indywidualnym czytelnikiem. To moja cicha rozmowa z tym czytelnikiem/czką. Inaczej bym się nie odważył pisać.
post scriptum: zamieszczona fotgrafia-portret, to zdjęcie mojego męża
Bardzo dawno temu, bodaj w 2018 byłem z moim Johnem na koncercie Akademii Muzycznej[i]. w ‘Orpheum’ w Vancouverze Pamiętam świetnie, bo grali nie takie łatwe ‘Requiem”[ii]. W Akademii tej często wówczas gościłem i znałem wielu z młodych studentów z całego świata, wielu wykładowców. Wykładała tam wówczas (wykłada w dalszym ciągu w tej samej uczelni) dobra znajoma, pianistka polska Krystyna Tucka. I naturalnie zacny Kim Sun Lee, z którym prowadziłem często długie rozmowy.
Z przyjemnością więc poszedłem do tej naszej filharmonii posłuchać, jak się ci znajomi studenci na formalnym koncercie zachowają, czy nie ulegną zbyt dużej tremie. A nie ulegli, koncert był bardzo udany.
Minęło osiem lat i 1 marca 2026 w tymże samym Orpheum jestem znowu, by słuchać tegorocznych studentów Akademii Muzycznej. Tym razem program jeszcze trudniejszy, obejmujący różne style i epoki muzyki. I, naturalnie to jest już też następna generacja młodych muzyków.
Miejsce, swoim zwyczajem, zająłem na pierwszym balkonie w pierwszym rzędzie, na ostatnim fotelu. Stary zwyczaj, bo i widok całej sceny dobry i siedzą z boku mam możliwość robienia w trakcie swoich notatek, co później ułatwia spisanie wrażeń koncertowych.
Dodatkową miłą atrakcją była część pierwsza z pianistą Forestem Bensonem[iii]. Słyszałem o nim już coś, ale nigdy nie słyszałem jego gry.
Benson grał uroczą uwerturę z Magicznego Fletu Mozarta; Koncert Fortepianowy Nr5 F-dur, Op.103 Saint-Saensa.
Początek Uwertury Mozarta był zbyt delikatny, zbyt nieśmiały. Ale pianista szybko poczuł ducha tej radosnej muzyki, nadał jej właściwy nastrój i tempo.
Muzyka Saint-Saensa nie jest łatwa, to przedział epok muzycznych, przechodzenie z jednej do drugiej. Pełny koncert pianistyczny, więc z całą orkiestrą. I robi to bardzo dobrze. Nie stara się być gwiazdą, a raczej częścią tej muzyki, wespół z orkiestrą. Co mnie trochę zaskoczyło, to prawie niewidoczny kontakt dyrygenta (Ian Parker, ntb. z bardzo dobrym i cenionym życiorysem prowadzenia orkiestr) z pianistą. Oczywiście, że są obok: pianista słyszy orkiestrę, dyrygent słyszy pianistę. Tylko czasem warto ten kontakt wzrokowy ułamkiem sekundy utrzymać, wzrokiem dać znać kiedy i jaki akcent podkreślić. Gdy się jest kapitanem okrętu nie należy zakładać, że Pierwszy Oficer czyta w myślach kapitana … . Nie mogę powiedzieć, że wykonanie by było lepsze, gdyby ten kontakt był zauważalny. Po prostu nie wiem, bo nie istniał przez większość gry. Może to moje stare przyzwyczajenia jedynie. Na usprawiedliwienie dyrygenta należy jednak przypomnieć, że pianista – choć młody – już z pewnym uznanym dorobkiem, zaś cała orkiestra to … młodzież muzyczna i na pewno więcej kontroli i opieki wymagała niż fortepian. Z sekcji orkiestrowych zdecydowanie należało pochwalić waltornie i oboje, dobre były skrzypce i altówki, na właściwym poziomie wiole i kontrabasy. Szczególnie duże uznanie oddaje młodemu muzykowi za bębnami – świetnie operował młoteczkami i jego ‘divertissementa-kanonady’ były majstersztykiem.
To było małe, urocze tête-à-tête przed daniem gównym, małe soirée zanim otworzą się wielkie drzwi do bogatego salonu jadalnego. Dziś serwują 6 Symfonię h-moll Czajkowskiego. Symfonię, nomen-omen, nazwaną ‘Patetyczną’. Kompozytor nie wiedział jeszcze, że będzie ona ostatnią większą kompozycją. Na jego niebie zbierały się już czarne chmury spisku potężnych przyjaciół samego kompozytora, ale i przyjaciół dworu carskiego. Romantyczna miłość do syna potężnego arystokraty rosyjskiego zakończyła się sfingowanym pojedynkiem, w którym Czajkowski zgodził się być zastrzelonym[iv]. Nie nawiązując do romantyczno-tragicznych przyczyn śmierci Czajkowskiego, Ian Parker bardzo ładnie w słowie wstępnym wyjaśnił, że nazwa ‘patetyczna’ w języku rosyjskim ma nieco inne brzmienie, bardziej smutne i tragiczne niż w rozumieniu popularnym, et winno być odczytane, jako wielka, wspaniała, podniosła. Chyba wystarczyło takie objaśnienie.
Pierwsze adagio –Allegro non troppo. Dobrze bardzo zagrane. Zwłaszcza solo klarnetu przejmujące; kotły utrzymują i poniekąd narzucają bardzo dobre tempo. Dobra synchronizacja całej orkiestry, zapomina się, że to orkiestra młodych studentów – to po prostu muzycznie dojrzała orkiestra. Równe granie jednej sekcji instrumentalnej udziela się pozostałym sekcjom instrumentalnym. Odnosi się wrażenie, że sami to doceniają i słyszą, dodaje im to skrzydeł, pewności lotu. Przez moment tylko odnosi się wrażenie, że trąbki i tuba opowiadają jakby inna historię, LOL. Ale to moment tylko.
Allegro con grazia trochę słabsze, brak ‘łagodności’, czułości tej muzyki, choć nie jest zagrane nagannie. Może pomieszały się szyki kto i kiedy dźwiękowi pozwala, jak ptaku ulecieć? Na szczęście nadchodzi moment uroczego walca, który – jak to walc – który wszystkie instrumenty łagodnie i tanecznie po sali balowej, niczym wodzirej elegancko prowadzi.
Przychodzi finał. Adagio lamentoso. Jak w każdej szanującej się symfonii te ostatnie allegro musi nawiązać muzycznie do części pierwszej, podjąć główny temat muzyczny.
Odniosłem wrażenie, że ta krótka pauza między molto vivace a adagio lamentoso zbyt była krótka. Nie można z walca radosnego ot tak, przeskoczyć do lamentu. To dwa odległe świata emocjonalne, dwa kosmosy uczuć. Być może niezbyt wyraźnie odczytali ruch ręki dyrygenta, pospieszyli się? Gdy jedna sekcja zacznie, wszyscy muszą kontynuować. To tylko drobna uwaga, bom bardzo wyczulony był na ten utwór i jego całą otoczkę historyczną. Przy tym adagiu-lamencie powróciła myśl o młodym Czajkowkim, jego tragicznym romansie… .
Wracajmy do muzyki wszak. Ten finał grany był bardzo dobrze. To była jakby zapowiedź, przepowiednia tragedii, która zawisła nad życiem kompozytora. Fatum płynące, jak jęk, płacz w cieniu kanonady rewolwerowej.
Młodszy brat Piotra, Modest Czajkowski miał powiedzieć, że ta symfonia była ‘elegią po zabitym kochanku’. O tym właśnie myślałem smutno, gdy słuchałem ostatnich taktów tej symfonii w Orpheum.
Czy tak było naprawdę? Teorie jedynie, pół-słowa, szczątki wspomnień rozsiane po carskich i sowieckich archiwach, tak, jak pół-słowa i pół-prawdy o kochanym Fryderyku i jego miłościach i miłostkach …
Na samym końcu pozostaje muzyka: piękna, szlachetna, smutna i radosna, porywająca i powalająca. Ot, sztuka.
Po koncercie spacer sobie zrobiłem w kierunku naszej Galerii Sztuki. Muzyka musiała się wlec za mną, niczym rozwiana peleryna romantycznego kompozytora. Bo tu nagle inna kultura, inna cywilizacja i inna muzyka grana na elektrycznych organach. Japońska artystka, i to w kimono klasycznym, grała przeuroczo przed Galerią. Posłuchałem, podziękowałem grzecznie, grosik wdowca do puszeczki wrzuciłem i poszedłem dalej stukając kijkiem po chodniku.
The city that was calling me gently with clear morning promising sunshine in late March. I know these calls; I have heard them many times and many years ago.
I did – dutifully – answered them then, and I answered it now. It all started with innocent trip to the architectural gem of our Main Library. While there, I finished reading that wonderful semi-autobiographical novel by Klaus Mann[i].
Few days earlier I was so taken by the soft lyricism of the young protagonists love in the fragment, when one of them, taking advantage of the other’s sleep, gives his lover a long story of their love eternal in a most evocative way, full of softness, gentle care and naked emotion, that can come only from a very young person before life gives them a lesson of hiding the power of emotions. Ah, adulthood is so cruel! And for all the wrong reasons, for it kills or silences, what is the most beautiful and within in our lives.
While reading it again in the Library – that sweetness of these feelings, feelings I remember so well, overtook me. I felt like Luis Amstrong was singing to my ear that beautiful song of his, “What a wonderful world”. Therefore, when I went for a long walk toward Burrard Bridge and further to English Bay beaches toward Stanley Park – I felt like singing and smiling to the world and passers-by.
Of course, I can’t forget to mention the start of the day, that clear morning with the promise of sunshine! I was not the only one happy about it. The Moon, despite a broad light, didn’t want to miss saying ‘hi!’ to the Sun and I waved to him from my balcony.
I walked on the beaches with my camera, smiled to ships, the ocean and the people. A young fellow, who lives in far away Brazil was doing the same. We joined our smiles and our amazement. A story ensued. He lives in Rio, I was there many years ago, when I was his age. We continued our walks together for long time. From the beach, uphill Davie. Long talks and walks, good company. The world is smiling, when you smile at it.
[i] “The Pious Dance – the Adventure Story of Young Man” by Klaus Mann
Czasem literatura, zwłaszcza ta mi już znana sprzed wielu laty, potrafi mnie nagle zaskoczyć, zatrzymać w pół kroku. Każe wrócić kilka kartek, raz jeszcze je przeczytać. I odczytać tą samą treść raz jeszcze, powoli, z zastanowieniem rosnącym we wzruszenie niepomierne.
To stało się już w końcowej fazie powieści syna wielkiego literackiego noblisty Tomasza Manna –Klausa. Zwłaszcza, ze jest to w dużej mierze powieść autobiograficzna. W autobiografii trudniej ulec wzruszeniu szczeremu. Wzruszeniu nie bibliofila, nie intelektualisty, a zwykłym człowieczym, czytelnika, który po prawdzie za powieściami od lat nie przepada. Nie oszukujmy się – mimo nielicznych prób oryginalnych – napisano już gdzieś i kiedyś, wszystko, co jest do napisania. Ktoś gdzieś, kiedyś się urodził, chodził do jakichś szkół, zakochał się, może wałczył na jakiejś wojence i na niej poległ ze zdumionym westchnieniem-pytaniem: to już? Może nie walczył, a pracował w biurze, może miał romans w tym biurze, może był odkrywcą, mordercą, filozofem, świętym nawet? Wszystko już było zapisane i opisane piórem bardziej lub mniej płodnym i wyrosłe spod talentu większego lub mniejszego. Gdyby te książki wszystkie w szeregu ustawić to, kto wie? Może nawet w Kanadzie od brzegu Atlantyku do brzegu Pacyfiku by miejsca nie starczyło? Coś na ten temat wiem, bom ją dwukrotnie od brzegu do brzegu przejechał.
A tu nagle te kilka kartek. Zapis krótki rozmowy młodego kochanka-przyjaciela do śpiącego miłośnika równie młodego. Przez to, że adresat rozmowy-wyznania śpi, przeto wyznanie szczere, pozbawione sztuczności, garniturku poprawności.
To wyznanie-opowieść byłbym i ja tym razem przeoczył, lub przeczytał pobieżnie. Ot, taki zwykły kolejny fragment powieści. A nie przeoczyłem. Bo i ja jestem od kilku lat innym człowiekiem, który sam siebie – tego nowego – odszukuje, poznaje. Wracam myślami do początków piękna wzruszonego, do delikatności i czułości niezwykłej, która w zdumieniu dotyka miłości napotkanej. Pragnie jej i boi się jej jednocześnie. Bo pamiętam teraz, że się wtedy jej bałem, mimo, że tak jej pożądałem. Bałem się by jej nie zrobić krzywdy, nie zadać bólu. I słusznie, że się tego bałem, bo teraz wspominając każdy dzień z tej wieloletniej drogi wspólnej – poznaję, że ból taki czasem zadawałem nie myśląc, że bólem być mógł. Ani ja ani on nie byliśmy doskonali, choć ja przez fakt prosty, że starszy byłem dobrych kilka lat – pewnie tego bólu zadałem więcej.
Ale ten fragment powieści-wspomnień Klausa Manna, ta rozmowa-wyznanie wróciło mnie tak silnie do pragnień wyznania tej miłości raz jeszcze. Mój Chłopiec też śpi. I choć mój się nie obudzi – mogę mu tą powieść, moimi słowami opowiedzieć. We snach stale wszak rozmowy z nim prowadzę. Więc mu tą, jako naszą opowieść, swoimi słowami opowiem.
‘Swoimi’ w cudzysłowie, bo to jednak zapis Klausa Manna, tyle, że przeze mnie na polski przetłumaczony. Przetłumaczony bardziej z myślą o uchwyceniu tej pięknej czułości słów niż sensu srickto tłumaczenia formalnego.
tłumaczenie z angielskiego frag. powieści Klausa Manna „The Pious Dance – the adventure story of a Young Man”[i]
O – powiedział Andreas – opowiem ci wiele rzeczy, wszystko, co wiem. Wydaje mi się, drogi Nielsie, że wiem o nas wszystko. Jesteśmy parą dzieci, które wbiegły w las i nie mogą się odnaleźć w drugiej stronie tego lasu. Jedno z nas ma głowę wypełniona myślami i mgłą niepewności – ale drugi ma tak piękne włosy! Zaczarowana noc wypełniona gwarem, ciągotą i brakiem pewności umiejscowienia, zakotwiczenia. Niewidoczny księżyc skryty gdzieś za czarnymi chmurami. Nawet gwiazdy zgubiły swą pewność i sens, swój nieosiągalny cel, gdy podmuchy zefiru rzucają nimi w tę i we w tę. Pewnie to światełka z pobliskiej gospody, z oddali słychać warczenie psów obwieszczających swe proste sekrety. Słychać kumkanie żab. Wołałam twe imię, które jest Ugolino[ii]. ‘Ugolino!’ – wołam w przestrzeń. Gdzieś w tej pustce może i ty wołasz moje. Słyszę twój mruczący słodko głos z oddali. Ja jestem Kaspar. Ale nasze imiona nie odnajdują się, wiatr bawi się w kotka i myszkę ich sylabami, przerzuca nimi, jak piłeczkami: spotykają się i omijają w kirze powietrza. Kaspar nie widzi cię. Ugolino, jesteś osobny, zagubiony, zanikasz w cieniach krzewów – czasem jesteś w jednym miejscu, znienacka niczym drzewo nieruchome, ale on ponownie nie może cię rozpoznać; twój drzewny spokój jest tak inny od twojej ruchliwości i on przebiega ponownie obok. Ale ty jesteś stale jego azymutem, celem – gdyby nie ty, byłby zgubiony, Ugolino. Powiem ci wszystko. Nie powinieneś tego wiedzieć, ale twoje powieki zamknął sen, więc nie zrozumiesz tego. Noce były burzliwe i niespokojne. Opowiem ci o wszystkim, co przeszedłem tamtych nocy.
§
Było cicho, jakby ten młodzieniec w łóżku spał. Miał spokojna twarz i oddychał równomiernie. Głos opowiadającego spływał po śpiącym tak delikatnie, by go nie zbudzić.
-Jesteś lepszy ode mnie, gdyż jesteś bardziej ode mnie niewinny- szeptał w jego twarz- i stąd bardziej niż ja jesteś wybrany. Teraz wiem, że spokojne usta znaczą więcej przed Bogiem niż usta mówiąc. Świątobliwy człowiek więcej niż człowiek uczony. A kochające ciało jest wartościowsze od wykształconej głowy. A tancerz wartościowszy w oczach Boga od pisarza lub malarza. I, że ty jesteś bez skazy.
§§
To, drogi Ugolino, jest mój sekret, moja słodka pieśń – to bajka mojej młodości i moich burzliwych czasów – musimy być niewinni, a nie rozważni. Być wierzącymi, ale nie dumnymi. Kochający, nie pytający. Świat jest do bycia w nim, nie do jego zrozumienia. Tylko ciało i mieszkająca w nim dusza zbliża nas do Boga, a nie rozumujący umysł. To moja pieśń, słuchałem jej za dnia, żyłem nią nocami. Nie znam innej. Nie wiem, czy potrafię wymalować tym obraz, ale gdy nadejdzie ostatnia godzina, będę mógł powiedzieć: dziękuję za to, że teraz tu jesteś, zobaczyłem wiele. Mogę jej szepnąć: dziękuję moja droga czarna godzino, żeś o mnie nie zapomniała. Ja nigdy nie zapomniałem o tobie. Ta czułość, jaką miałem dla ciebie oczyściła moje występki. Ale ciało, którym mnie obdarowałeś, ta fizyczna skorupa, którą dałeś i którą oczarowałeś przytroczyła mnie do ziemi w radości i smutku. Bo z tym, z moim ciałem, kochałem wszystkie ukochane ciała wszystkich mężczyzn. Oto, dlaczego chodzę bezlicznymi ulicami z ciekawości i pożądania, ulicami, które się dla mnie otwierają – ponieważ pożądanie i ciekawość pozostały wierne. Droga godzino: kochałem życie, jak mi nakazałaś – było piękne.
§§§
Głos mówiący do śpiącej twarzy zamilkł. Andreas skończył opowieść i wsłuchiwał się tylko w głęboki ton oddechu leżącego obok przyjaciela. W międzyczasie zapadła głęboka ciemność.
Ale w tej ciemności głos odżył ponownie, słowa niczym krople spłynęły po ciele śpiącego.
Jakie to było dziwne, – rzekł głos do ciała – jak dziwne. Zanim cię spotkałem. Jakie poplątane drogi musiałem przejść. To była tortura. Ale głos przyrzekł mi kiedyś, że znajdę światło i zrozumienie. Czy teraz je znalazłem? Czy w końcu zrozumiałem? Ale serce boi się mi odpowiedzieć.
[i] z angielskiego tłumaczenia powieści dokonanego przez Laurence’a Senelick’a
[ii] trudno być pewnym, czy Mann użył tego imienia wspominając Dantego i Virgila, którzy nawiedzają w Piekle owego średniowiecznego tragicznego brygadiera Pisy o imieniu Ugolino. (przyp.mój)