Golda Tencer – świadek i uczestnik historii

Oglądałem dziś wywiad Z Gołdą Tencer, wielka, wspaniałą Żydówka polską. Związana z ich historią, ze wspaniałym Teatrem Żydowskim w Warszawie. Z historią bolesną i ciągle mi tak brakującą kiedy chodzę ulicami miast polskich. Tylko cmentarzyki zostały. A ona ne wyjechała.

Żydzie mój, jak mi ciebie brak. Ty pejsaty i ty w garniturze profesora uniwersyteckiego, poecie i pisarzu polskim, ty lechoniowy i ty tuwimowski i szulcowy. Nigdy cię nie zapomnę, choć nigdy prawie cię nie spotkałem… Zniknąłeś za zasłoną dymów straszliwych pieców, emigracji do Izraela , ale jesteś też w tłumie cieni, które mijam chodząc ulicami warszawskimi.

Film z YouTube autorstwa znanej piosenkarki i podkasterki RFM Classic, Kayah (Katarzyna Magda Rooijens).

Obejrzyjcie – wspaniały zapis kultury polskiej. I naszej historii.

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Vancouver był dziś piękny. Naturalnie wszystko wkolorach i barwach Mistrzostw Świata Piłki Nożnej.

Kawałek meczu oglądałem nwet na wielkim ekranie w barze starego Sylvia Hotel. Szkocja i Haiti. Szkocja wygrała 1:0, ale Haitańczycy bez przerwy atakowali i byli w zdecydowanej ofensywie. Ładne zagrania, obie drużyny w świetnej formie.

Dawno zawodów sportowych już nie oglądałem. ale co widziałem dziś podobało mi się.

To już czwarte wielkie wydarzenia sportowe w miastach, gdzie mieszkałem w Kanadzie.

Najpierw Olimpiada Zimowa w Calgary w 1988 – ostatnia bodaj, która nie zniszczyła finansów miasta. Przeciwnie – wsparła je, rozwinęła i była absolutnym plusem dla mieszkańców. Ze względu na pełnione wóczas społeczne funkcje miałem kontakt bezpośredni z polskimi olimpijczykami i dostęp do Wioski Olimpijskiej na terenach Uniwerytetu Calgary, a dzięki temu poznałem tam słynnego Briana Orsera – srebnego mealistę w jeździe figurowej na łyżwach, jednego z najzdolniejszych łyżwiarzy na świecie w tamtej epoce. Potem byłem w Vancouverze w czasie XXI Olimpiady Zimowej w Vancouverze. Nie byłem w niej zaangażowany … ale miałem mały udział w organizowaniu pierwszego w historii igrzysk olimpijskich Pawilonu LGBTQ. Został oficjalnie zaaprobowany przez MKOL[i] i od wówczas stał się częścią kolejnych olimpiad. Ale dla samego miasta i prowincji ta olimpiada wypracowała olbrzymie zadłużenie i kryzys finansowy. I generalnie była miastu zbędna. Zagrały ambicje i emocje polityków. Tylko, że politycy nie opłacają kosztów ze swoich kieszeń – płacą je mieszkańcy miasta. Vancouver i tak sławy szukać nie musi. Było i jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, z olimpiadą czy bez olimpiady. Przez swoje naturalne piękno położenia między górami a oceanem.

W Halifaksie nad Atlantykiem byłem świadkiem (bez jakiegokolwiek udziału formalnego czy nieformalnego) Mistorzstw Świata Juniorów w hokeju na lodzie. Jako, że hokej był wynalazkiem Nowej Szkocji (Woolfville to miejsce narodzin tego sportu) było to wydarzenie bardzo popularne i nie złamało finansowego kręgosłupa prowincji.

Teraz Mistrzostwa Świat w Piłce Nożnej. Też trochę ‘na wyrost’, bo na boga miłego do potentatów tego sportu raczej nie należymy. Ale na szczęście te Mistrzostwa zorganizowane ex equo aż w trzech państwach: Meksyku, USA i Kanadzie.

Piłką nożną zarządza na świecie FIFA[ii], która jest żmiją bardzo wysoko opłacanych ‘działaczy’, ci zaś mają równie wysokie wynagrodzenie i oczekiwania, czego dowodem jest idiotyczne przyznanie idiotycznej „Narody Pokojowej MKOL” dla Trumpa przez idiotę Gianni Infantino (nazwisko niby wskazuje infantylność, ale raczej pies kuty na cztery łapy). A myślałem, że MKOL jest do przyznawania nagród sportowcom za ich osiągnięcia, a nie politykom za działalność ze sportem nie zwiazaną.

Ah, jednej jeszcze olimpiady nie wymieniłem. Jedynej w której brałem udział, jako zawodnik i wygrałem trzy medale! Nie, nie żartuje, poważnie. Mam nawet do dziś w szpargałach odpowiednie dyplomy. Sto lat temu (lub blisko setki, LOL) na Agrykoli warszawskiej była olimpiada szkół średnich. Startowałem tam aż w trzech dyscyplinach: bieg na 100 metrów (zawsze byłem krtókodystansowcem, ha ha ha), skok w dal i … rzut oszczepem. Tym oszczepem trener mnie wybłagał, bo kolega, który miał to zrobić … nie pojawił się. No to rzuciłem. Pierwszy i bodaj ostatni raz w życiu. Dostałem dwa pierwsze miejsca za skok i sprint i trzecie za ten oszczep. Możliwe, że tylko trzech zawodników wystąpiło w tej kategorii i dzięki temu te trzecie miejsce zdobyłem. Nie pamiętam, ale bym się nie ździwił.

Aliści nic bez wiśni! O Vancouverze być miało. Miasto całe przystrojone, wszędzie ślady tego międzynarodowego widowiska. Wokół stadionu i Science Centre ulice pozamykane. Ale ludzie, zwłaszcza młodzi, chodzą grupami i na Granville Street, i na Robson Street i gdziekolwiek. Miło było zwyczajnie popatrzeć.


[i] Międzynarodowy Komitet Olimpijski

[ii] Fédération Internationale de Football Association

Andre Gide and the long trails he led me through

On Claude Mauriac Coversations with André Gide

Introduction:

Andre Gide as a guide – but to what light, what knowledge?

Andre Gide not himself with his books, his amazing literature, but Gide as seen in his twilight years through conversations and observations of a young Parisian, Claude Mauriac. No, no that more famous father, François Mauriac[i] (a writer, critic and member of French Academy and Nobel laureate in literature). Claude followed his father’s footsteps, who also interviewed Gide and wrote about him extensively.

All of it and all of them reminded me how amazingly important for continental Europe was the French literature since Moliere, and especially in revolutionary XIX and first half of XX century.  Italian, Spanish, or German literatures had its episodes, individual, singular writers, the same as English from across the Channel. But none of them had such an impact on literary styles, thought, as did French literature as a whole at the same time frame.

I remember vividly that right after I stopped reading Mickiewicz, Kraszewsk and Krasicki[ii]  – I went straight to Stendhal[iii].  I’m talking about a 10-12 year old boy in a peculiar cocoon called ‘Polish People Republic’[iv].  Yes, it meant communist.  France for us was modern Athens. Of course, I had to re-read a lot of it again in a two-three short years to better comprehend it – but by the time I was fifteen, I knew by memory all the streets of Paris, from Montmartre to Montparnasse. It was very helpful when I eventually ended up in Paris for a visit with Kot Jelenski[v] – a true bridge-navigator between French high culture and Polish literary/art achievements.

                The story with reading about Gide goes a few weeks back. I was trying (still unsuccessful) to get from our Library a book by Klaus Mann and his talks with Andre Gide. He was the last one to have this type of talk with the great writer. That book simply vanished from Vancouver Library – last time I was actually told that: disappeared. I went finally to get that book by older Mauriac –  François. Remembered seeing it on shelf of the Library, but this time that book was gone, too. LOL.  Machiavellian conspiracy?!

 But they had this book by the younger Mauriac and I took it. It might have been a good idea. He was very young and very much taken by Gide, and his own criticism was not blinded by arrogance or pre-conceived notions, as could have been the case with his father writings. Even more intriguing is the fact that older Mauriac was about the same age as Gide. Claude Mauriac, being more than generation younger, would not dare to contradict, or argue with Gide. I knew he would have listen and absorb – therefore his recollections would be more crystal, so-to-speak, taken with reverence.

While reading these ‘Conversations’[vi] in Moodswing Cafe[vii] a strange thought came to me or, more aptly – an observation. Strangely perhaps, because on the surface it is totally disconnected from that book and it’s subject. Somehow though, it feels that I need to include it in that short essay.

Here we go:

some people, mostly the artistic type, or at the very least working on some sort of public stage while doing it, dress very differently on that stage than off that stage. I am definitely not talking about actors, as these professionals play a role, not themselves. No, my observation is about any type of performer, who presents their own skill/art in a public space. They often dress very differently than they are off that stage. Why? Are they victims of ‘Dr. Jekyll and Mr. Hyde”[viii] syndrome? I doubt it.  Yet, it seems to me that they think as their artistic persona would be too peculiar, too extravagant for normal, ordinary life. Extravagant?! Obviously that ‘artistic’ part is very important and it shows that they are fuller, happier and more confident in that ‘stage attire’ than in ordinary, boring clothing.

They should allow themselves that freedom of dressing a bit differently simply because ‘it’ is them and ‘it’ would show confidence and joy. Being an artist does not make you better than others, but it does give you the privilege, the right to be a little bit of a peacock. Perhaps not with fully displayed tail – but a colorful peacock nonetheless.

I think that Gide helped me to have that thought, observation. Certainly monsieur Cocteau[ix], who comes up in Mauriac’s story very often would think that. I do not shy from this ‘perversion’ definitely.

(Next day in Melriches Cofee bar on Davie Street)

Well, back to the subject, the book of Claude Mauriac.

 As I said I wouldn’t have borrow that book if not for the simple fact, that the other, written by his famous father was not at the library.  Yet, being as it was, I have found out that it worked very well. That Claude, young aspiring critic and journalist did not come to Gide to discuss, analyze a famous writer style, body of work. He came timidly with open mind and heart to observe, to learn about Gide from Gide, without pre-conceived notions about Gide as a man. Obviously, the age difference added to his deference.

                Did he understand the peculiarity of aging Gide homosexuality? Yes, he knew of it very well, Gide never hid it, but did he knew the emotional price paid by an aging homosexual artist – even in liberal Paris of the 30ties – who was single, did not have a partner? Of course he did.

 Gide still analyzed, re-lived his tragically ended marriage ( her sudden death), a marriage never fully ‘consummated’. If you are not sure of the torture, perhaps you should read the gem of literature, the „Immoralist”[xi].  It had tremendous effect on me decades ago, when I read it first time.

Claude Mauriac was not only young (o, so very young!), he was (as his father) staunchly, almost fervently Catholic. But he did try very hard not to let himself be judgmentally opinionated in his dogmas, especially noticing that his own famous father (also fervently Catholic) did not allow himself to judge Gide writings through his sexuality or otherwise private conduct. Au contraire – he held him in high esteem.

Yet, I must say without a hint of trepidation, that I sensed very strongly, that Claude was drawn mysteriously not only to Gide’s admired writings but also to his suggestive handsome looks and his, at times, flirtatious behavior. And I also do remember the ancient times when I was at Claude’s age, and how intellectually attractive were my much older friends. One must assume that admiring these much older friends intellectual prowess easily translates into physical allure. It goes without saying that intellectually accomplished men (and women), who are artists or people formally associated with art ventures do age gracefully, and barring serious illness, they do retain physical attractiveness rather well. That ‘attractiveness’ should not be confused with just mere and banal ‘good looks’.

On p. 160 of that book Claude re-examines his feelings toward Gide and vice versa. He now recognizes Gide acting as a clever gamer, he sees his ‘perfidy’ to be friendly toward him – a boy, a budding young journalist. But is it a fair examination of Gide’s acting by Claude himself?  I don’t think so. I think and I assume it, because I believe that Claude wrote that book honestly. I also believe (although he doesn’t state it as an explice) that at times, through the extended vacation in southern France, he often was jealous of his father closeness and long friendship to Gide. Closeness that took away Gide attention to Claude only. That he might have been at times in the shadow of these two towering figures of contemporary French high culture. Granted – it offered him an extra security that the father might have offered just by being close, but it did steal the singular attention of Gide that might have been his otherwise. If he did not have these feelings, he would have been indeed very abnormal young man, and I don’t think that he was ‘abnormal’, LOL.  François Mauriac and Andre Gide were undeniably first class stars of French literary culture; they knew and admired each other accomplishments for decades. Hence, vis avis that Claude persona and personality fades into shades of words, of importance of their lively discussions.

(following day, back in Moodswing Café)

I have become more and more attune to Andre Gide again. Yes, it started with Claude Mauriac Journal , but it took me much farther. It is now me at times, who talks with Gide. Sometime I argue with him, sometime I adore him … and yes, sometime I just want to shout at him: shut up already, Andre. You are not god or, at the very least, you are not the only god of European Olympus! Another false claimant to Homer’s lyre.

Alas, truth to be told, I do love Andre. When Claude Mauriac takes him to visit deathly ill dear friend Paul Valery[xii] and he is not sure what his friend was whispering to him, I feel sorry for Andre. When he returns for a second visit … he is half an hour late. Valery is dead. Claude is overtaken by the look of broken, crying Gide. Was he crying for Valery? Undoubtedly, but mostly he was crying for their youth, for ‘that’ Paris. He was crying for himself. Selfishness? Perhaps … but truly, who is not selfish at the very core, the very center of our ego, our soul?  When you cry after dear lover’s death – you cry over your loss much more than the loss of another person (of course the ‘other person’ would be your lover, but the asserted ‘yours’ is the key to that loss: something, someone was yours, belonged to you and now was taken away).

Egotist? I remember years ago reading F. Scott Fitzgerald  “Short Stories”[xiii] and loved it so much. It was his greatest literary achievement and it prompted me to read his first full novel “This Side of Paradise”[xiv] from 1920. Many have called it an absolute portrait of the generation and its first section is titled The Romantic Egotist. How appropriate! These short stories and the novel portray a generation that just went through the unthinkable loss of millions in that devastating war of 1914-1918. Generation that was hungry for life, love, excess – ALL of it.

Dear Andre, did you know during your talks with this improbable youth called Claude Mauriac, that his world (as well as yours – once again) is just about to collapse under the pitiful actions of his admired earlier presidency of Maréchal Pétain, the Lion of Verdun, who become the Mouse of Vichy? No, of course you did not. After all you went to Tunis and Algiers. Did you enjoy the young bodies of the Arabian boys? Of course you did. After all it wasn’t the first time, was it? But you still should have told some of it to young Claude. He was naïve …

                Gide dies soon after Valery. I’m personally taken by these moments and his sad, somber realizations. Am I now waiting for my death? Is my return to Warsaw a Gide’s return to Paris after the war years in Africa? Return to die…

(following day, back in Melriches Café on Davie in Vancouver)

Ah, yes – it is very hard to leave this place again, these streets, buildings, even shops, stores. Perhaps it is most difficult leaving the parks and their trails. Everything is so dear for me there. Everything? If life is everything – than yes, it is.

Our love, that I will never find again, my writings. Despite many shorter and longer returns to Poland, my dearest Poland, the undeniable fact remains that I was twenty two years old boy, when I left her. Now I am close to Andre Gide’s age, when Claude Mauriac wrote his Journal and become emotionally attached to that famous French writer. Andre died in Paris few years later, in 1951.

Regrets? No, have I not left my dearest Poland, I would have never found him – My Boy, My Life, My Soul. Things like that do not happen twice. Yet – Poland is my first love of books, of literature, of poetry, music. When I finally landed in Canada (after a year in London and two years in Italy) I was a truly fully developed man spiritually and intellectually. Back in the old communist Poland young people had to develop fast and mature fast. Of course, there was time for first kisses and romances – but a romance is not That Love you dream of, when you are that young. That one was waiting for me here, in Canada. Do I believe that things are preordained somewhere for us?  That I don’t know and I am not going to be wasting time trying to answer such a theoretical question – cosmology was never my strength.

I do have one regret, though. Back in the 80ties I went to Paris to visit Kot Jeleleński[xv], an amazing intellectual and art lover. Art lover is one description – but of course he must have been a great lover romantically, too. After all, he was a lover of improbable Leonor Fini[xvi] and improbably beautiful Stanislao Lepri – an Italian aristocrat. He did, in pre-war Poland, had a friendship with Polish great poet Kamil Baczyński (a hero of Warsaw Uprising, where he died fighting German occupiers)  – I forgot to ask him if he ever made love to beautiful Baczyński? But I would like to think that they kissed at the very least, both of them were very handsome boys.  That is a side thought only, pleasurable but of no consequence. Yet, my regret is that I should have asked Kot to take me to the streets and cafes in Paris which Gide frequented. Kot was Parisian bare none. It is my great regret. You don’t ask just a tourist guide for places and stories like that. Stories like that could be told only by art lovers. Or artists themselves.

Who, if not Konstanty Jelenski  could have told me the true shades of Gide? Jelenski, the ever arbiter elegentiae, the guardian of Polish and European literature? How did he survived the death of his love – Stanislao, the gorgeous Italian?  I didn’t know that Kot at that time was dying himself of incurable cancer. Being as elegant in every meaning of the word, he never shown anyone his physical ailments. Let’s talk about art, not of something as ghastly as death – he would have probably answered.

Our lovers die too soon.

I have talked for a long time with Giedroyc[xvii] in Maisons-Laffitte near Paris, editor-in-chief of highly influential literary and political monthly “Kultura” – but our talk was all wasted on politics instead about literature. Those were the times, but we should have known that even during war, talking about art and love is more important than politics! One that could have put us back on these important tracks was another editor of ‘Kultura” – Józef Czapski. Tall as a skyline physically and intellectually, himself a lover of young Russian poet Nabokov and later of Ludwik Hering – but Czapski was not in Paris, when I visited Giedroyc. Maybe Czapski met Gide, he could have due to his aristocratic connections he mingled o lot in the ‘society’ circles of Paris. Eh, the occasions and talks we missed…

                When Oscar Wilde took Gide to a hotel in Algiers, Wilde rented two rooms and in both rooms was a local Algerian boy. Naturally, the boy was rented, too. They both delighted in their boys. Yes, I know my dear Reader that you are aghast – but trust me, I am certain that both of these writers delighted in these Algerian boys. They definitely were not terrified of these boys. Not only that – to your surprise  (no doubt) I must tell you that it was not illegal – the age of consent was not 18, not even 15. It was at that time …thirteen.  O tempora, o mores! Did you, dear Reader give a sigh?! Did you just say, with wiping sentimental tear off you check: the good, old times? No? You didn’t? I thought you did – because that is what you usually say, when you comment on current times, don’t you?

O, please spare me the debacle. I am not going to Algiers tonight, or any other time. And the age of consent in Algiers now is the same as in Poland or in Canada. Even in Paris, LOL. Not sure about Texas or the Temple in Utah – religions and individual states laws and customs are very different in the ‘land of the free’ south of the border. They are Christians, too (I think?) but they are the Later Saints … or is it Latter-day saints? Maybe it is just very special Latte or Cappuccino; it is all too complicated for a simple guy as me.

Thinking of Gide for few more days and thinking of him I wrote two pieces of poetry: one in Moodswing Café in New Westminster and one … sunbathing on nude beach and swimming in Mud Bay of South Surrey’s Crescent Beach.  I think it necessary to finish this essay, which no longer is an essay only about Andre Gide, with these poems. Maybe I should even dedicate it to his memory and talent.

 To you Andre, to the memory of great man of letters from France.

Winter time in a small village in Pyrenees.

Night comes quickly and darkness covers

the valleys and peaks. Suddenly, the windows

off a small stony church lights up in delicate

orange glow. From the top of the church steeple

comes the song of its bells: big bam! Big bam!

big!, big! big! Bam! Bam! Bam! Baaaam-mmm!

The air vibrates with each tone of the big bell

and sends  bronze-coloured sounds to the valleys.

Archangel Michael blows into long, golden trumpet.

The music envelopes the meadows, climbs up the hills.

The call of God, the call of the Shepherd: 

come and be enlighten in the mystery of life

 and promise of death merciful that claims us all.

They run – the tired travelers, the herds of goats.

They cry and hope, as the trumpet sounds again

and dies suddenly like the last drop of now empty goblet.

The church becomes a masjid and archangel becomes muezzin,

that intones to all: Allāhu ʾAkbar. In Pyrenees Hannibal’s army

stop their march and rise their tusks and trunks: they sense the pitch

of the hymn and the psalm as the far flung peaks of Alps slowly

cover the church, the mosque and streams in the valleys.

The curtain call of History. Birth and death of Love.

Moodswing Café, 29. 05.26

B. Pacak-Gamalski


It’s almost seven in the evening.

The sun just starts to burn its glory.

I talk to young Adonis I just met in the water,

when we were swimming close by.

Back on the hot rocks  of the beach

he asks me about a book I’m reading.

That book is about Andre Gide and young

 Claude Mauriac, who wrote that book.

No, I don’t suppose that my Adonis knows

who was Gide and I explain that he was seventy

at that time and fabulously-scandalously gay,

but Claude was barely twenty one and staunchly catholic.

Definitely believing being straight as an arrow,

straight as the priest, who presided piously over Holy Mass

in the church they attended with Gide and Claude’s father

in the southwestern France,  in Malagar, close to Garonne’s

fast moving waters and not far from Spain’s Pyrenees.

Not sure if all that did not scared him: Malagar, big river Garonne,

 close to Spain. A thought might have crossed his mind:

is he crazy per chance? And he moved few steps to the left.

Yet, he stroke a pose of Greek efeb to accentuate

his graceful, but  muscular body. I pretend

not to read his mind and just admire his statuesque’s

shapes. Like a monument in Louvre or in Athens.

Michelangelo must have painted or sculptured him.

Gide and Claude in France? Who are they?

And who cares on a nudist beach

in the company of Greek efeb?!

Crescent Beach in South Surrey, 30.05.26

B. Pacak-Gamalski


[i] François Mauriac | Nobel Prize-Winning French Author | Britannica

[ii] A. Mickiewicz – great Polish poet, author of national epopee “Pan Tadeusz; Jozef Kraszewski, a popular author of many historical novels in the late XIX century; Ignacy Krasicki, bishop and writer called a Polish La Fontaine, satirist and critic of an old feudal system, XVIII century

[iii] Stendhal (orig. name: Marie-Henri Beyle) French novelist, precursor of realism and psychological portrait

[iv] Quasi sovereign satellite of Soviet Union block of states created after the 2 w.w. (1944) – the most liberal and free from the entire soviet Block. It ended in 1989 by peaceful free election led by ‘Solidarity” movement.

[v] Konstanty Jelelenski – eminent Polish émigré in Paris after the end of 2 world war; one of the three founding intellectuals, who organized and run the famous Paris “Culture’ periodic – an extremely influential magazine among intellectual and literary elite and not only for Polish people in the West, but mostly for people in communist Poland, where it widely distributed  as ‘bibula’ (illegally)

[vi] Conversations with A. Gide; by Claude Mauriac; tr. M. Leback; pub. George Braziller Inc. New York 1965; s. 235

[vii] Services 4 — Moodswing Coffee + Bar

[viii] The Strange Case Of Dr. Jekyll And Mr. Hyde | Project Gutenberg

[ix] Jean Cocteau – a prominent French poet, performer and avant-garde style movement instigator

[x] Melriches Coffee, 1244 Davie St, Vancouver, BC. | Make that happy connection!

[xi] The Immoralist | French Novel, Existentialism, André Gide | Britannica

[xii] Paul Valéry – Wikipedia

[xiii] The short Stories of F. Scott Fitzgerald; pub. By Charles Scriner’s Sons, New York, 1989, p. 776

[xiv] https://www.ebsco.com/research-starters/literature-and-writing/side-paradise-f-scott-fitzgerald#this-side-of-paradise-by-f-scott-fitzgerald

[xv] Konstanty Jeleński — Wikipédia

[xvi] Leonor Fini at Weinstein Gallery

[xvii] Jerzy Giedroyc – Wikipedia

Orgie i saturnalia Natury

Orgie i saturnalia Natury

Proszę Szanownego Państwa – niech wam się nie wydaje bynajmniej, że człowiek prym wiedzie w erotycznych eskapadach, wzdychaniach i ochach w Siódmym Niebie ziemskich pożądań.

A kudy! Natura, gdy wpadnie w więzy chuci o zachodzie słońca – to dopiero chuci żądza!

Takoż i wczorajsza eskapada popołudniowa na kąpiel w bajecznej wodzie zatoki w Crescent Beach. Orły nad głowami, cudownie orzeźwiająca głęboka zielono-stalowa woda, nagrzane głazy i kamienie na brzegu, smażące się w słońcu półdupki nagusów to nic jeszcze, to nie żądza ani chuć – to wzdychania i marzenia dość niezgrabnych istoto ludzkich. Natura o zachodzie – to dopiero orgie niekończące się. Porywające w swoim wieczornym spektaklu kolorów i kształtów! Szerokie rozlewiska Nikomekl River kilka kilometrów za Crescent Beach – to raj przyrody równy Ogrodom Semiramidy.

Urodzinowy spacer z Johnem

Urodzinowy spacer z Johnem

Więc na Twoje urodziny zrobiłem z tobą długi spacer przez domy i trasy, gdzie mieszkaliśmy, gdzie spacerowaliśmy.

Naturalnie, zacząłem od naszego uroczego, trzypiętrowego domku szeregowego w Guildford Mews. Ile w nim mieliśmy radości, ile pracy włożyliśmy w kompletny remont całego miejsca. Wszystko sami: wymiana podłóg, które sam instalowałem, układanie kafelek w łazience, malowanie, robienie z dość kiepsko zostawionego przez ostatnich właścicieli dużego salonu  parterowego uroczego wielkiego pokoju, z którego było wejście do ogrodu. Ach, ogród. Ogród nie można było nazwać ogrodem – to była dzika, zachwaszczona, kompletnie zniszczona przestrzeń. Nawiozłem ziemi, wykarczowałem całe wory chwastów – efektem był bajeczny ogród i nawet kawałek grządek na wiosenne warzywa. Nasz ‘synek’, kochany kot Babu uwielbiał to – co prawda dopiero po kilku dniach, które spędzał sycząc i chowając się po kątach i nie wierząc nam, że sami nie wrócimy do starego mieszkania w Burnaby zostawiając go w tym nowym i nieznanym mu miejscu. Gdy skończyliśmy domek i ogródek, ja … przeniosłem się z sekatorami, piłami i siekierką na wzgórze i bardzo zaniedbaną przestrzeń ‘common property’ poza ogrodem. Kilkaset dolarów i tygodni później było to jedno z ładniejszych miejsc na całym uroczym, zalesionym osiedlu.

Wszystko było blisko, spacerkiem – olbrzymi Guildford Mall, urocza Biblioteka Miejska, gdzie organizowałem z Klubem „Pegaz” spotkania z czytelnikami z całego Vancouveru i  połączone zawsze z prezentacją wizualną i muzyczną najlepszych polskich malarzy i kompozytorów z Vancouveru. Świadomie nie wymieniam nazwisk innych osób, które w tej publicznej działalności wielkie mieli zasługi i wysiłek w to wkładany – bo zabrałoby to sporo miejsca. Pisałem już na ten temat sporo dużo wcześniej. Teraz to po prostu mój prywatny, pożegnalny spacer z cieniem mojego Johna – człowieka, który wypełnił moją tęsknotę miłości i wypełnił całe moje życie. Spacer na jego urodziny. Miałby dziś sześćdziesiąt lat. Ciągle smarkacz, psiakość. Nawet dobre kilka lat po śmierci, to ja stałem się starzejącym dziadygą, a on pozostał tym uroczym, kochanym smarkaczem. Wiecznym chłopcem.

Więc po łażeniu na tym naszym starym osiedlu jego uroczymi wąwozami i alejkami, poszliśmy dalej. Trzymaliśmy się za ręce. Nie lubił okazywania czułości publicznie (w przeciwieństwie do mnie, LOL), tym razem jednak szedł obok mnie trzymając moją rękę w swojej. Podejrzewam, że pomagał mu fakt, że prócz mnie nikt go nie mógł widzieć. Poszlismy koło tej biblioteki, potem koło restauracji „Milestones”, gdzie go zabrałem 30 maja 2018 roku, ostatnie jego urodziny w Surrey, zanim wyjechaliśmy samochodami przez całą Kanadę nad drugi ocean.

Potem do kina , gdzie byliśmy na ostatnim chyba filmie oglądanym w kinie, ha ha ha. Byliśmy jeszcze z generacji, gdy do kin się chodziło. Choć ponoć ten nawyk znowu wraca. I dobrze, że wraca. Spod kina zaciągnąłem go w … gęste chaszcze. Nie, nie w tych bezecnych celach, ha ha ha! Do pięknego, naturalnie dzikiego Green Timbers Urban Forest[i]. Mama też uwielbiała tam chodzić nad jeziorko karmić swoje ‘kaczuchy’.  Łączane tereny wokół jeziorka były tej niedzieli, jak zaczarowane. Kobierzec olbrzymi żółtych jaskrów i niebiesko-fioletowych łubinów. Jak z rysunków w bajkach dla dzieci. A wszyscy trochę dziećmi – na szczęście – pozostajemy (nie mylić z ‘dziecinnieniem’, bo to inna przypadłość).

Potem już tylko kawałek wzdłuż 100 Alei do naszego ostatniego kondominium na 138 Ulicy. Dwupoziomowe, ale też małym ogródkiem, który też był strasznie zapuszczony. Więc też go oczyściłem, nawiozłem ziemi i też obsadziłem, LOL. Gadałem z tymi kwiatami każdego wieczora, odnoszę wrażenie, że się uśmiechały i radośniej po rozmowie wyglądały…  Pewnego dnia, na posesji po drugiej stronie ulicy ktoś wykopał maleńką brzózkę i bezceremonialnie wyrzucił ją na krawężnik ulicy.  Więc naturalnie wyszedłem z ogródka i ją przyniosłem.  Zasadziłem, przez tydzień lub dwa specjalnymi odżywkami podlewałem – aż jej listki ożyły i widać było, że przetrwała. Jest do dziś, wyrosła bardzo, wysoka aż po dach budynku. Generalnie widać, że nowi mieszkańcy trochę o ogródek dbają, bo nie wygląda na zachwaszczony. To dobrze. A do brzózki zagadałem, pożegnałem się z nią też. Zamrugała listkami? Nie wiem, kłócić się nie będę o szczegóły. Ale niech będzie, że zamrugała – w końcu to moja opowieść ze spaceru, mogę napisać, co chcę. Jak wierzba i król Asoka z poeamtu Leśmiana, czarodzieja polskiego języka.[ii]

I spacer się skończył, a mimo, że pożegnalny nie był smutny, bo jeśli troszkę, to był to smutek rzewny, ciepły, miły …


[i] Green Timbers Urban Forest Park | City of Surrey

[ii] Asoka – Bolesław Leśmian – poezja.org

Beach time season officially opened

Beach time season officially opened

It was rather late time of the day, but nonetheless I boarded the comfortable coach (with modern mechanical horses under the hood, LOL) of my travelling companion and off we went to our favorable place – South Surrey Crescent Beach. Of course to the wild part of rocky beaches for naturalist (yeah, the ones, who walk and swim void of single piece of clothing).

Water was clear as crystal, cool but very friendly. Love that spot. Afterwards we went for gorgeous paths on natural meadows and marches at the other end of the beach. It’s truly marvelous – remember and respect the rules: it is protected and very delicate area. Follow strictly only the narrow walkways and do not stray into the meadows – the meadows are the kingdom of many little birds, who nest there. There is not many meadows like that in the vicinity of large cities, so do respect it. I was overjoyed.

Sezon plażowo-pływacki rozpoczęty oficjalnie. Pojechaliśmy z przyjacielem wczoraj późnym popołudniem do ulubionej plaży Crescent Beach w South Surrey. Naturalnie na plażę golasów, na kamlotach. Ale woda tam jest cudowna, czysta, nie ma przepełnienia i prawie zawsze wszyscy obok to starzy bywalcy i bardzo respektujący otoczenie i sąsiadów.. Woda zimna jeszcze ale już po pierwszym lekkim szoku bardzo miła do pływania, nurkowania. W odróżnieniu od plaż w Vancouverze wokół English Bay, które tej przezroczystośi i bogactwa morskiej flory i fauny nie posiadają.

Po kąpieli podjechaliśmy, już przy początkach kolorów zachodu słońca, na przeurocze łąki i mokradła drugiego końca Crescent. To tereny pod ochroną, rezerwaty flory i fauny brzegowej. Bajeczne kwiaty i krzewy jakie trudno w pielęgnowanych ogrodach miejskich znaleźć. I ta masa ptasiej drobnicy, która w tych łąkach uwinęła sobie gniazdka. Proszę więc nie schodzić ze ścieżek w te łąki, bo to tak jakby włazić w eleganckie salony w upapranych błotem walonkach. Ten spacer najbardziej mnie zachwycił, bo łąki kocham.

Central Park, bike, ducks…

Central Park, bike, ducks…

Yesterday was a nice day, sunny. yet not hot. As my last few days were not the best, I decided to give myself some exercise and took the bike, went to the Skytrain and went to Central Park in Burnaby. No, not to the one in New York, LOL.

Always had a sentimental attachment to it and many happy memories. It was a nice idea. Although the part by the stadium and parking lot were totally taken by hundreds of people in colorful long saris and dresses, having their lunches/dinners on the the grass – I ventured into my own long trails, revisiting little hidden gems I remembered very well.

After a while, I biked to the shore of that wonderful lake there, with its green waters, huge carps swimming lazily, ducks and geese.

Was even able to find a nice bench by the shore and just relax. Relax – something I needed. With a book about Andre Gide in hand.

A pair of lovely ducks seemed to be a bit tired of a swarm of young kids, who were making very noisy commotion right on the edge of the lake and it seemed to be too much for the fowl family. So a pair simply walked out off the lake, marched right to my bench and simple sat next to my feet. I understood and agreed with them: too much is sometime too much. Period. There we were, the three of us seeking solitude.

On the way back to the Skytrain I changed my mind. Why taking the train? Burnaby is on a high plateau and New Westminster in the low valley of Fraser River, so why not bike home? Never mind that a long bike on busy streets is not my cup of coffee. But than I found on my phone a direction to take the BC Parkway designed for bikers. Off I went. What a beautiful path! Through places I recognized from many years ago, and places I have never been to (that I remember off). The very last leg of the trail was awful, as it takes you down to Memorial Drive and Highway 99 and you have no choice but bike on the edge of the busy highway with cars and trucks whizzing by. Still, all in all it was a nice experience. An old fart with half-broken leg biking on a long busy highway. LOL.

Miłośnicy Literatury

Ciekawa rzecz z literaturą i ludźmi, którzy ją tworzą lub tą zapisaną opisują. Kim są? Jak ich nazwać, jaki przydomek nadać? Pisarze? Twórcy? 

A może miłośnicy słów, historii? Może amatorzy? No właśnie amator, kto to jest? Jak podaje słownik  języka polskiego amator, to ktoś, co robi coś dla przyjemności, co lubi[i].  Czy tylko dyletant, czy jednak amator? Bo amator to miłośnik wszak.  Ogólnikowe stwierdzenie, że coś się lubi bardzo zakłada przecież a priori tezę pewnego umiłowania, zaangażowania pozytywnie emocjonalnego.

Skąd te dywagacje? Ano, winnym jest uroczy, młody (dla mnie coraz więcej osób jest ‘młodych’)  i bardzo zdolny doktor filologii i wykładowca literaturoznawstwa  w Instytucie Literatury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, badacz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN-u, Piotr  Sadzik. Poznałem go ‘elektronicznie’ sporo już lat temu i zachwycony byłem jego pracą o  maranach literatury pogranicza kulturowego[ii]. Zainteresował się wówczas moim cyklem ‘lamentów po Stracie’ i dało to nam asumpt do kontynuowania rozmów o ‘bólu duszy’, który wypełnia całe twoje jestestwo.

 Mnie nie interesowała wówczas literatura per se, ani wartość poetycka lub krytyczna moich lamentów – one po prostu były wtedy mną całym. Były moimi rozmowami z tym, który tworzył moje życie przez dekady i nagle  … przestał być. Rozmowy te z Piotrem wydaje mi się, że mi pomagały.  Bez tłumaczenia, bez radzenia – a jednak wracały mnie mimochodem poniekąd do rozmów intelektualnych, nie tylko w skorupie emocjonalnej. A to było dużo. Potem, dość szybko przyznaję znaleźliśmy inną, bliska nam pasję literacką – Gombra[iii]. Więc i Jeleński się pojawił mimochodem i Giedroyć, z którymi miałem bliskie kontakty w Paryżu.

Przez kilka lat ostatnich te kontakty nie były już tak częste, ale obserwowałem i obserwuję jego fantastyczną pracę i energię niespożytą na wszystkich polach i ugorach literatury polskiej (nie tylko polskiej, to mnie jednak głównie interesowało) i masę innych poczynań krytycznych, filologicznych, aktywisty życia wydawniczego, kapituł nagród literackich. Gdzie on na to wszystko (a przecież ma jednocześnie pełną pracę wykładowcy uniwersyteckiego, swoich studentów, ich przewody naukowe magisterskie i doktorskie) czas znajduje – pojęcia nie mam. Pewnie więc nie dziwi, że ciągle wygląda jak chudziutki 20-latek-studenciak, a nie wykładowca, LOL.  Więc moja pywatna rada do czytających te słowa: warto mieć pasję szaloną, wtedy nie będziecie mieć czasu na starzenie się!

Wróćmy do tematu tego eseju. O co mi chodzi, czy tylko o portret lubianego krytyka i badacza literatury?  Absolutnie nie.  Ludzie lepiej i bliżej go znający zrobią to bez wątpienia lepszymi barwami i odcieniami.

Otóż bardzo niedawno na jakimś elektronicznym forum żalił się trochę (lub martwił), że jego prace krytyczne o nowych książkach, powieściach, tomikach poetyckich mogą w nim zabić zwykłą pasję i głód  czytelniczy, gdy bierze się do ręki nową książkę, nowy wydanie literatury beletrystycznej czy poetyckiej.

Powiedziałem mu dość obcesowo, że to absolutnie niemożliwe. Krytyk nie może, nie ma prawa tej miłości w sobie zabić. I jednocześnie zasugerowałem tezę, że ten krytyk jest też sam pisarzem. Pisarzem non fiction.

Tak – krytk literacki, który nie pisze powieści, opowiadań czy wierszy  może być w tej pracy nazwany pisarzem. Naturalnie mówię o pisaniu dużo szerszym niż kilka szpalt w gazecie, miesięczniku drukowanym, czy on-line.

Udowodnić to chcę używając przykładu i pasji krytycznej wielkiego poety argentyńskiego, Jorge Luisa Borgesa. Ale właśnie Borgesa non fiction, nie Borgesa-poety.

                W 2000 roku podczas jednego z moich częstych wyjazdów do Seattle w USA, poszedłem do czytelni wydawnictwa The Elliott Bay Company i kupiłem wspaniałą książkę przygotowaną przez Eliota Weibergera z bardzo obszernym wyborem tekstów non fiction Borgesa[iv].

I teraz, po wielu, wielu latach ponownie ją czytałem. Tak, nie mam wątpliwości: Borges-eseista i krytyk był miłośnikiem literatury. Takich krytyk o innych pisarzach się nie pisze o ile tych książek się nie kocha. O ile się nie kocha literatury. Koniec. Kropka. Non ulterius progredieris[v].

Wrzuciłem Borgesa do torby i uciekłem do centrum Vancouveru, do mojej ulubionej kawiarenki Melrriches na Westendzie. Zawsze, gdziekowiek nie mieszkam takie dziupelki sobie wynajduję, gdzie przy kawie czytam, robię notatki. Potem na swoim blogu je publikuję. Nie, nie z nudów. Z pasji do tych wierszy, nowel, opowiadań. Niezbyt wiele z powieści, bom w zasadzie nowe przestał już czytać. I tak nie nadążę zaległości nadrobić. Teraz czytam głównie pisarzy piszących o pisarzach, o ich twórczości i światach, jakie stwarzają, opisują. O człowieku.

Więc ten Borges –  jak Gombrowicz z kolejnej generacji – pisał w swoim ukochanym Buenos Aires. Przypomina czasem w tych swoich zapiskach o ulicach i dzielnicach, które i ja poznałem, którymi dawno temu chodziłem.  Nie szukałem po prawdzie specjalnie śladów ani Gombrowicza, ani Borgesa – ale byli tam, ich duchy wałęsały się tymi samymi uliczkami, potykałem się omalże o ich ślady.

Wyobrażam sobie Borgesa chadzającego wieczornymi ulicami starego Buenos, ulicami pełnymi domów schadzek, kobiet i chłopców w podcieniach bram. Jakże musiał być wtedy sfrustrowany, zagubiony emocjonalnie. On, człowiek wielkich wizji literackich wobec niemożliwości pełnego zrozumienia pasji ciała. Borges był klinicznym impotentem. Czy warto o tym pisać? Warto, należy wręcz, bo erotyka i seksualizm są nadspodziewanie olbrzymią białą plamą jego własnej twórczości. Ta tabula rasa[vi] Borgesa w zadziwiający sposób wpłynęła nie tylko na jego prywatne życie, ale wręcz na homofobiczne lęki i oceny innych pisarzy – nie oceny negatywne ich twórczości ale negowanie wpływu ich homoseksualizmu na ich twórczość. Ten wspaniały krytyk pisząc np. o Whitmanie … imputował, że ojciec poezji amerykańskiej pisząc o swojej pasji i konsumpcji tej pasji z czarnym  kochankiem tworzył wyłącznie figurę poetycką, a nie, że wpinał w osnowę swego słynnego poematu swoją autentyczną biografię. Takie rozumienie i taka interpretacja Whitmana może być jedynie możliwa właśnie przez zaślepienie homofobią Borgesa[vii].  Smutne, że ta fobia go tak okaleczyła – ale z pełnym przekonaniem poświadczam, że nie wpłynęła ona na ocenę twórczości ani Whitmana, ani Oscara Wilde’a (choć o tym zbyt wysokich opinii nie miał, ale nie sądzę by było to związane z biseksualizmem Wilde’a). Zastanawiam się, czy gdyby Borges żył w czasach współczesnych nie zmusiłyby go one do zarzucenia tej irracjonalnej fobii? Podejrzewam, że tak. Ciekawe co by był napisał o jednym z najlepszych pisarzy przełomu XX i XXI wieku, irlandzkim Colmie Tóibínie … nota bene autorze świetnego opracowania biograficznego wybitnych twórców sztuki (w tym pisarzy) ostatnich dwustu lat[viii]?  O, byłbym zapomniał – ci twórcy o których w tej książce pisał byli homo lub biseksualni.

Czas wrócić do tematu zasadniczego – Borgesa-krytyka kochającego książki.

Nie będę jednak tu pisał o Borgesie-poecie, a o Borgesie pisarzu non fiction, eseiście. Ktoś może się oburzyć: nie był więc pisarzem tylko eseistą. Takie stwierdzenie to bzdura, panie kochanku. Pisarzem się jest przez talent pisarski, a nie przez tabliczki informacyjne na rzędach półek w bibliotekach. Eseje literackie to poezja krytyki literackiej, w takiej samej mierze, jak autobiografie pisarzy, jak biografie pisarzy i poetów pisane przez innych pisarzy. Zagmatwane to nieco? Doprawdy nie jest. Zwłaszcza, gdy mówimy o pisarzach z górnej półki (naturalnie mam na myśli nie półkę popularności rynkowej, a wartości tekstu).

Wyobraźmy sobie, że gdzieś kiedyś żył sobie rzemieślnik, który szył ciżemki. Nie szył pantofli, butów ani kapci. Ciżemki. Czy był ‘ciżemkowcem’? Naturalnie, że nie – był szewcem. W ten sam sposób ci, którzy piszą książki o literaturze i jej autorach są też pisarzami. Nie muszą nawet być poetami  ani nowelistami sami. Nie zawsze ta zasada i nie wszędzie pasuje, gdyż same tylko suche akademickie przewody literatuznawczo-filologiczne badaczy do tej rangi pisarstwa zaliczyć nie mogą.

Wszak czytając Borgesa krytyki i eseje krytyczne o twórczości innych pisarzy czujemy jego niski ukłon i pocałunek skladany na dłoniach tych innych pisarzy. Rozpoznaje, wyczuwa każde wzniesienie, każdy skrawek zapisanej kartki. Dzieli włos na czworo?  Nie. W wybranej frazie, w składni odnajduje tony i półtony znaczeń, cienie, światło i wpływy przeszłości, echa mistrzów odległych epok.

Ciekawe i jakże prawdziwe są jego uwagi na temat powstawania czasowników z rzeczowników. W sposób szczególny jego elewacja i waga znaczenia rzeczowników rodem z teologii, ergo boskich. Tego sacrum, które trudno użyć w prozie, gdzie wydać się może zbyt pompatyczne, nie adekwatne. Ale nie w poezji, która sama w sobie jest sacrum spowiedzi emocjonalno-intelektualnej[ix].

Dalej zaś gdy przestrzega przed absurdem przemocy zadawanej treści przez przerost formy lub wręcz wyrastających z ograniczeń przyjętego porządku gramatycznego (w szerokim rozumieniu pojęcia ‘gramatyka’) , to chce mi się krzyknąć: nie przypominaj mi o tym, o tych marach i upiorach ‘techniki pisania’ wiersza, to budzi we mnie gniew wobec rzemieślników, którzy o akcie twórczym pojęcia nie mają, nie rozumieją go!

Jorge Luis Borges jest dzieckiem rewolucji XIX i ewolucji XX wieku. Wielkiej cezury filozoficznej, której pierwsze drożdże poczęly fermentować już w czasach Oświecenia. To wszystko, co przez wieki wrzało, gotowało się pod ciężka pokrywą moralności kołtuńskiej, niewolniczej, pańszczyźnianej.

Chyląc głowy przed Petrarką i Wergiliuszem nie wolno sobie pozwolić na zginanie kolan. Musimy jasno powiedzieć, bez okrzyków rewolucyjnych i sztucznego epatowania się gniewem nowej epoki: dziękujemy za piękne dary, bedziemy pamiętać i korzystać, ale możecie sobie odpocząć nieco, bo oto nadszedł czas człowieka wolnego. Poeta w XXI wieku musi być twórcą wolnym. Czasy przypisania ‘chłopa do roli’ minęły bezpowrotnie.  

Można wszak wrócić do brylantów pierwszej wielkości literatury polskiej, do ‘Bieniowskiego’ mistrza Juliusza. Wszak pada tam westchnienie-pragnienie ‘Chodzi mi o to, aby język giętki //Powiedział wszystko, co pomyśli głowa…’. Dla nas wszak, już w ćwierci XXI wieku, najważniejsze jest wezwanie z końcowych wersów tej zwrotki poematu Księcia poetów polskich: ‘Strofa być winna taktem, nie wędzidłem’. Drogi Księciu Poetów, Juliuszu –  byłeś był wyprzedził epokę o dwieście lat! Nawet jednak twój wspaniały poemat w warstwie językowej jest prawie tak ornamentalny, że trudno dziś strawny. Tak, jak ostrygi świeże i żywe mogą być niestrawne, jeśli jedzone w nadmiarze, co mnie się przed wielu laty zdarzyło na uczcie Maorysów nowozelandzkich. I tak bywa.

Borges ustawia się w szeregu gwardii Pzybosiów i Peiperów polskiej szkoły wierszowania pierwszej połowy XX wieku. Naturalnie, podobnie, jak nieco tylko wcześniejsi futuryści, jest w nich wielka fascynacja dżunglą miejską i nowoczesnością, transformacją z sielankowości wiejskiej w tryby maszyn wielkich aglomeracji miejskich. Sposób użycia metafory jest może wyolbrzymiony – wszak w dużym stopniu poezja jest metaforą rzeczywistości.

Wiek XXI przyniósł, wydaje mi się, zmęczenie tym stylem. Aglomeryzacja cywilizacji człowieka skłania nas właśnie do odwrotu, do ucieczki we własną, jednostkową i osobną indywidualność. Do ‘pojedyńczyzacji’ , jako formy obrony indywidualności jednostki. Zwłaszcza indywidualności i osobności doświadczenia poetycko-twórczego. Tym, co ja od lat nazywam cichą rozmową intymną dwóch tylko osób: poety i czytelnika.

                Wszystko to wszak wyrasta z miłości do literatury. Bez literatury i bez jej miłośników, adoratorów i wariatuńków cały postęp cywilizacji technologicznej jest przedsięwzięciem bezsensownym. Przemyślenia Borgesa umocniły mnie w tym przekonaniu jeszcze bardziej i można to łatwo przenieść na każdy inny rodzaj sztuki.

W różnych epokach różni twórcy, i krytycy tych twórców tłumaczący, przeprowadzali czytelnika/słuchacza/oglądającego przez te mosty przemian. Borges robił to w literaturze, Bach, Mozart i Mahler w muzyce, da Vinci, Michał Anioł i Picasso w sztukach wizualnych.

Sztuka generalnie jest emocjonalną próbą zrozumienia świata i drugiego człowieka. Rozumiejąc lepiej przestajemy się świata i człowieka bać. A gdy nie mamy już tego lęku przed obcym i zewnętrznym, możemy ten świat i człowieka pokochać. 

A krytyk literatury, sztuki, ogólniej mówiąc?  Krytyk opisując sztukę (symfonię, książkę, obraz) ułatwia ją nam odebrać, zrozumieć. Robi to z miłości wobec sztuki i piękna. A kochanek nigdy nie znudzi się miły Piotrze widokiem oblubieńca lub oblubienicy. Takie cuda nie zdarzają się w żadnej religii.


[i] „Słownik języka polskiego z frazeologizmami i przysłowiami”,  E. Dereń, T. Nowak, E. Polański; Arti Centrum, Warszawa; 2008

[ii] SADZIK: Regiony pojedynczych herezji | Esej | Wizje | Aktualnik

[iii] Witold Gombrowicz

[iv] “Jorge Luis Borges, Selected Non-fiction”; Penguin Books Ltd.; r 2000, Seattle, USA; s. 559

[v] łac. dalej nie pójdziesz

[vi] filozoficzny koncept Arystotelesa, iż człowiek rodzi się  bez jakiejkolwiek wiedzy, z ’pustym’ mózgiem

[vii] Walt Whitman w poemacie „The body electric” (z tomiku ”Selected Poems”; Dover Publication Ltd. New York, 1991)

[viii] Colm Tóibín, „Love in dark times”; pub. McClelland & Stewart Ltd; Toronto, 2001; s. 261

[ix] W tymże zbiorze esejów krytycznych, s.22

Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!