Pożegnanie lata na skalistej plaży

Pożegnanie lata na skalistej plaży

22 września już jutro, koniec lata kalendarzowego, następnego dnia lata astronomicznego. Wybrałem się na ulubioną plażę w Południowym Surrey – Crescent Beach. Naturalnie, że naturalistyczną, LOL. Przyznaję bez zmuszania do zeznań, że plaże golasów uwielbiam najbardziej. Czy tą w Crystal Crescent koło Sambro w Nowej Szkocji, czy tylko Crescent w South Surrey, LOL.

W Nowej Szkocji zresztą na Wschodnim Wybrzeżu więcej było plaż niż plażowiczów – więc naturszczykiem można było być bez problemu i bez oficjalnej destynacji. Pływanie w ubraniu jakoś nie łączy się z wolnością pływania morskiego, bo ostatecznie gacie to też ubranie, a kto kąpie się w ubraniu?! I kiedy wszyscy opalają się w stroju Ewy i Adama (bez listka figowego broń boże!) nie robi to jakiegokolwiek (u zdrowych osobników) wrażenia. A zwłaszcza wśród stworzeń wodnych. Bo jakież też kraby, czy ryby pływają w kostiumach!? No tak, małże przyznaje są jakieś dziwne, łażą po dnie z domami na plecach. Nie poradzisz, zawsze się jacyś dziwacy znajdą, nawet na plaży nudystów.

Woda już była zimna, ale piękna w zielono-stalowym odcieniu. I ta ilość powalonych gdzieś i przygnanych przez fale wielkich pni! Wbite gdzieś miedzy potężnymi głazami, jak strażnicy pogranicza lądu i wody. Wykroty, bale, głazy, zieleń i krzewy starające się wcisnąć w każde miejsce możliwe do zapuszczenia korzonków. Jakby oglądanie w lupie dziejów prehistorii oddzielania się ziemi od oceanu.

A potem nagle: cicho! Sza! Ni słowa więcej!. Bo właśnie kurtyna się podnosi i rozpoczyna najważniejsze, najwspanialsze widowisko – Zachód Boga Ra. Słońce śpiewa arię Pożegnanie Dnia. I tu kończyć się musi opis słowami, bo słów po prostu brak.

Słowa, litery, przecinki i kropki

Słowa, litery, przecinki i kropki

Zacznijmy od ogłoszenia na tablicy plakatów i obwieszczeń: ze wszelkich znaczków i znaków gramatyki interpunkcyjnej, moim najukochańszym jest wielokropek. Gdybym mógł nigdy bym zdania żadnego nie kończył, jak właśnie tak …

Miałem pisać o języku i o literach. Czyli sposobie zapisywania słów. Pozostawianie śladu po sobie, po epoce. I jakoś się to rozmyło, rozpłynęło.  Straciłem chęć kontynuowania tematu na papierze.

Nagle wiadomość o śmierci Urszuli Kozioł[i] poruszyła mnie bardziej niż się spodziewałem. Ostatecznie, gdy się tych dekad sporo nazbierało, to i do obcowania ze śmiercią i odchodzeniem poetów też można przywyknąć.  A jednak jej odejście właśnie spowodowało, że chciałem do tematu powrócić, że wydało mi się to ważne. Uświadomiło mi to, podkreśliło chwilowość wszystkiego, a na końcu nieodwracalnej samotności.

               Kozioł, Szymborska, Hartwig i muszę dodać tu koniecznie Lipską – cztery kobiety polskiej poezji jawią się w jej otwartej księdze, jak Cztery Wróżki, Pytie. Ale łagodne, ciepłe, otulone słowem Przemijania, ale i Trwania mimo. Dlatego właśnie słowa są tak ważne. Dlatego muszą być wypowiedziane, spisane. A zaczyna się zawsze od cichej rozmowy z samym sobą, gdy poeta jest twórcą i jest pierwszym słuchaczem jednocześnie. Wiersz jest przypominaniem o nietrwałości i o potrzebie pamiętania na przekór tejże. Te kobiety polskiej poezji stoją w jej otwartej księdze, jak wróżki, Pytie, ale łagodne, cieple. Otulone słowem Przemijania i Trwania mimo. A słowa są tak ważne, bo nie są skończone, nie są definicją, nie są pełnym dopowiedzeniem wszystkiego. Wszystkiego nikt nie wie.

Symptomatyczny – w tym temacie – jest tu wiersz Urszuli Kozioł ‘Bez zasięgu’ zaczynający się ni mniej ni więcej tak:

Przestałam podobać się sobie

i słowom

uciekają ode mnie

chciałabym już

nie być

prawdę mówiąc

tutaj już nie ma mnie

Słowa w przytoczonych wierszach są ich podstawą. W nich zawiera się treść pełniejsza niż w zdaniach. Aby bardziej to podkreślić można iść dalej i spostrzec, że w słowach jest sens – w literach nie ma nic. Dźwięki trudne do wypowiedzenia i zupełnie niemówiące. Tak, jakby stolarz nową nogę do krzesła porąbał na drzazgi i upierał się, że te bezużyteczne drzazgi są dalej nogą krzesła.

Szymborska w znanym i popularnym bardzo wierszu „Nic dwa razy” mówi:

Choćbyśmy uczniami byli

najtępszymi w szkole świata,

nie będziemy repetować

żadnej zimy ani lata[ii].

Wszystko to jest poniekąd zawierzeniu słowom bez uciekania się do opisowości, zawierzeniu ich mocy bezpośredniej. Mocy i – co jest tu niesłychanie ważne – nieodwracalnej prostej prawdy przekazu poetyckiego. Inne epoki innym podlegały prawom i potrzebom. Wykwintność, kwiecistość, alegoryczność opleciona wawrzynami antyku i zawieszona u szczytów Parnasu. Gdy dziś rozmawiasz z Apollem mów z nim, jak z przyjacielem o miłościach i ich zasadzkach, ale mów językiem dzisiejszym, nie antycznym. On zrozumie, ostatecznie jest bogiem.

Niemożliwość wejścia w światy nam obce, odległe, ta sama Szymborska cudownie opisała w wierszu o dwóch diametralnie innych i obcych sobie światach człowieka i kamienia:

Pukam do drzwi kamienia.

– To ja, wpuść mnie.

Nie szukam w tobie przytułku na wieczność.

Nie jestem nieszczęśliwa.

Nie jestem bezdomna.

Mój świat jest wart powrotu.

Wejdę i wyjdę z pustymi rękami.

A na dowód, że byłam prawdziwie obecna,

Nie przedstawię niczego prócz słów,

Którym nikt nie da wiary.

– nie wejdziesz – mówi kamień –

brak ci zmysłu udziału.

Żaden zmysł nie zastąpi ci zmysłu udziału.

Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia

Nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.

Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,

Ledwie jego zawiązek, wyobraźnię[iii].

               W sytuacjach wyjątkowych, chwilach wielkiej nadziei, ale i wielkiego lęku słowa nabierają innego wymiaru, potrafią być kotarą, zasłoną swoich znaczeń, zaprzeczeniem, świadomym udawaniem. Przez to ‘udawanie’ ukazują absurd świata zewnętrznego. Są, jak kartka papieru czytana w odbiciu lustrzanym. Dlaczego (oczywiście, wiemy z praw fizyki dlaczego, ale przyznaję szczerze, że nie bardzo pamiętam sam i nie przejmuje się tym faktem, wystarczy mi świadomość, że nie jest to wada mojego wzroku) widzimy siebie jakimi jesteśmy: ten sam kolor oczu, te same brwi, kolor i fryzura włosów, lub ich brak, uszy gdzie trzeba, a kartka papieru z napisanym wierszem nie da się jednak odczytać w zwierciadle życia. Chyba, chyba, że pisana prostymi słowami, nieskomplikowanymi zdaniami. Bo słowa nawet pochylone, zgarbione, wywrócone – rozpoznamy.  Zrozumiemy, co chcą nam powiedzieć. Słowa pozwalają nam zrozumieć czym jest świat i Kosmos, są naszą Magna Carta edukacji i historii.

Julia Hartwig miała jeszcze silnie zakorzenione echa skamandryckie. Bezwzględnie fakt, że urodziła się z początkiem lat 20. ubiegłego wieku nie mógł nie pozostawić w niej silnej spuścizny Skamandrytów. Zostawił na wszystkich, łącznie z tymi, którzy uwielbiali Przybosia.  Jednocześnie przez fakt, że pisała jednak już w czasach o generacje później i bardzo, bardzo długie życie biologiczne i twórcze uratowała się od powtarzania tej samej, już archaicznej poetyki. Wpływy – tak; przypisanie ‘do roli’ – nie.  Jej poetyka wywarła na mnie silny wpływ wiele lat temu, wpływ pozytywny warsztatowo i emocjonalnie.

Pisząc wiersz o wododziale rzek na nizinie amerykańskiej między Pacyfikiem a Atlantykiem ta moc indywidualnych słów, wyłuskanych z otoczek bogatych zdań jest bardzo widoczna:

/……/

Jak uczcić to jedyne miejsce

okrzykiem ciszą

Stoję na dziale wodnym

jak na grzbiecie rozkraczonego bizona

oślepionego słońcem Deszcz wód

spływa na oba jego boki

A ja

gdzie przynależę[v]

               Ewa Lipska, poetka Nowej Fali jest mi najbliższa emocjonalnie i chyba językowo z wielu oczywistych względów.  Przede wszystkim dzieli nas ledwie jedna generacja, jedna dekada. Mamy wspólną pamięć epokową, wspólne przeżycia grupowe (społeczeństwa, narodu). Operujemy językiem tej samej epoki, którym opisujemy indywidualne widzenie świata i ludzi, kosmosu.

W skromnym zeszyciku poezji wydanym w Toronto[vi], który mi wówczas podarowała jest zaskakująco adekwatny do mojego tematu wiersz o języku właśnie i jego perypetiach w krajach dyktatorskich. Jeden fragment mógłby być mottem tego eseju.

Ufryzowana mowa

ginęła w rwących potokach.

Mówiono o wymianie głosek.

Gwałtownie ustawiono zapory mównic.

Na drzewach rozwieszano megafony.

Zjeżdżały wozy pancerne

z żonglerami słów.

Ale język słabł. Opadł z sił.

Szerzyła się epidemia afazji

Co więc mają Kozioł, Lipska, Szymborska i Hartwig z tym wszystkim wspólnego, jaki klucz do ratowania słów przed zalewem nadmiaru opisowej detaliczności narzucającej jednoznaczność zbyt wąską dla ogromnej przestrzeni pojęciowej czytelnika?  Przede wszystkim odrzucają spiż tematyki i warsztatu poetyckiego. Tej rycerskiej błyszczącej zbroi i szczelnej kolczugi.  Nawet Hartwig, bardzo z filozofią judeo-chrześcijańską związana, jest de facto autorką poetyckiej dekonstrukcji tego eposu. Jej epos uczłowiecza boga-Boga. Robił to podobnie nikt inny, jak sam ksiądz Jan Twardowski.

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą

i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą

i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości

czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą.

To właśnie przez nacisk na słowa indywidualne, które nigdy nie są do końca zdefiniowane. Słowa nie są po prostu zbiorem jakichś dziwnie i obco brzmiących liter, które same w sobie nic nie znaczą. Te inne jeszcze znaczenie zawiera właśnie poezja słów. Nie zdań, nie opisów-definicji, ale słów, które nigdy nie są do końca zdefiniowane w ramce 4x5x4x5.

Naturalnie, że wiersz ma swoją konstrukcję, swoje ramy właśnie. Wszak nie może być chaotycznym wodospadem wylewanej z miski poety wody. Tyle, by nie były one kajdanami, swą przeszłą, dawno wymarłą arte pro arte. Par maximum musi z każdą epoką nabierać znaczeń adekwatnych do rozumienia człowieka i świata.

Są wartości nieprzemijalne i są wartości, które czas pozbawił tego przymiotu. Słowo musi zachować swoją czasową, współczesną adekwatność. A poetyce nic tak nie pomaga, jak utrwalenie ziemi niczyjej, przestrzeni, którą mogą wespół używać na biwakach literackiej przygody poeci i czytelnicy: woda i ląd, które bez siebie istnieć nie mogą. Obrzeże jest pojęciem idealnym, bo zakreśla wspólną przestrzeń obcych sobie światów, żywiołów. Podobnie polany pod lasem, które nie są jeszcze ani lasem, ani już łąką dziką. Coś, co nie jest do końca, niecałkowicie.  Obrzeże, pogranicze? Tak, bo jesteśmy tu chwilę tylko, moment. Jest Kosmos niczym nieograniczony, niepojęty i jest nasz osobisty, który starcza ledwie na te obrzeże, polanę. Nie ma ni czasu ni potrzeby by nazwać wszystko ‘od a do zet’. Wieże z kości słoniowej opustoszały.

Miałem pisać o swoistej ‘językologii’, ucieczce od znaczeń kropek, przecinków, od sylab, zgłosek. Ucieczce od narzędzi, które same w sobie znaczenia nie mają. Są puste, bezdźwięczne, przerywniki wypełnione ciszą. I o ile są w tym podobne do znaczenia ciszy (pauzy) w muzyce, o tyle w poezji zwłaszcza tworzą często przestrzeń eliminującą delikatna siatkę wieloznaczności, dopuszczalności interpretacyjnej.  Bo wiersz ożywa wszak naprawdę dopiero czytany przez indywidualnego odbiorcę-czytelnika, gdy zderza się z całym mikrokosmosem emocjonalnym tegoż czytelnika. Kosmosem nieprzewidywalnym przez autora. I z tego zderzenia, jak przy jakimś zderzeniu się dwu planet lub gwiazd – powstaje nowy świat, nieznany przedtem ani przez poetę, ani przez czytelnika.

Skąd znalibyśmy cudowną historię Gilgamesza i Enkidu spisaną w tych właśnie archaicznych językach Sumeru i Akadu, gdyby nie odnaleziono w ruinach Uru tychże tabliczek spisanych na długo przed Zaratustrą? Praojczyzny pierwszego systemu języka pisanego. To już nie pismo obrazkowe, to alfabet.

Piękne są formy zapisywania języków prastarych, archaicznych. Od Egiptu, przez całą Mezopotamię, Persję, po doliny Gangesu, Brahmaputry i Indusu i wreszcie do starych Chin i Dalekiego Wschodu.  Słowa nie są w nich porąbane niczym kawałek drzazgi podpałkowej jakimiś gramatycznymi kreskówkami pilnującymi by były jednoznaczne, bez wątpliwości, bez możliwości interpretacji. Przecinki, dwukropki, wielokropki, pauzy i średniki to bezwzględni strażnicy wiezienia wyobraźni. W tym świecie otoczonym fosą i murem nie ma mowy na dopuszczalność innych znaczeń, innych emocjonalnych łączy. A przecież emocje to kosmos nieogarniony i zmienny. Wartki, jak woda, a nie statyczny, jak skała. A jeśli skała to właśnie w formie ognistej lawy, płynna. Emocje to rzeczywistość niestateczna, nietrwała, ale niezbędna dla poezji, dla twórczości. Dla pełnego życia.

Pary siedzą cicho na ławkach w mroku

nadchodzącej szybkim krokiem nocy środkolata.

Przekwitły już pierwsze i drugie kwiaty wiosny,

świeżości pierwszych letnich dni. Coraz więcej

kolorowych owoców, coraz mniej płatków kwiecia.

Jest jeszcze ciepło. Pary siedzą na ławkach, spacerują

w półmroku trzymając się za ręce. Mówią coś głośno,

chcą zagłuszyć tym mówieniem lęk nadchodzącej rozłąki,

lub nie mówią nic prawie ściskają swoje ręce silniej,

wtulając się szczelniej w ramiona słodkiej chwili.

Lęk przed samotnością, przed nocą, przed jesienną słotą.

Nieusprawiedliwiony może, może nie do końca rozumiany –

ale zawsze obecny, natrętny, obok, za każdym mijanym pniem.

/B. Pacak-Gamalski, 2025/


[i] 20 lipca 2025, w wieku 94 lat

[ii] https://poezja.org/wz/Wislawa_Szymborska/106/Nic_dwa_razy

[iii] wiersz „Rozmowa z kamieniem”

[iv] https://timenote.info/en/Julia-Hartwig

[v] frag. wiersza „jak uczcić miejsce” (wyd. Sic, Warszawa, 2002)

[vi] oryginalnie w samizdacie w Warszawie przez Niezależną Oficynę Poetów i Malarzy w 1985 – ja korzystam z bibliofilskiego przedruku w ilości tylko 200 numerowanych egzemplarzy przez Master Printing. Poetka ofiarowała mi wówczas w Toronto ten egzemplarz z numerem 27. Fragment wiersza z cyklu ‘Wielkie awarie’

The Little Mountain of Vancouver

The Little Mountain of Vancouver

On top of Little Mountain is a very special place called Queen Elizabeth Park. I am not sure how many modern day Vancouverites do know that the name of the park was given in honor of Queen Mother, not Queen Elizabeth II. At that time, in the 1930ties, Elizabeth Bowes-Lyon was the Queen Consort and as such Queen Consort of Canada. During her visit with King George VI in 1939.

Originally, before the English came here, it was lush small mountain of old growth forest with salmon spawning creeks running to False Creek (they still exist under the pavement and houses ). Later it became a basalt quarry. In 1936 Vancouver Tulip Association ask the City Board to create there a park – and so it begun. There are no longer grey wolves, bears, and elks roaming the Little Mountain, but birds and squirrels are plentiful. And so are people.

Philanthropher and landscape architect Bill Livingstone turned it into a gem of lush walkways, remnants of the old growth, Rose Garden, little ponds and small sport fields, and on top of it sits iconic Bloedell Floral Conservatory. Behind the Conservatory is an amazing display of water fountains and a famous sculpture of renowned British artist Henry Moore.

It used to be one of my favored places for walks with my Mom in my earlier days in Vancouver. Last time we went there with Mom, John and both of my sisters.

Był więc to czas najwyższy do odwiedzin tego specjalnego miejsca po moim tu powrocie. Przejść się ścieżkami, którymi chodziliśmy razem. Po spacerach w ukochanym Stanley Parku, w Central Parku w Burnaby, Bear Creek Parku w Surrey i naturalnie po Holland Parku w centrum Surrey, tuż pod domem …  Powoli zamykam koło ponownych odwiedzin ‘syna marnotrawnego’, wdowca. Jeszcze tylko jedna dłuższa podróż, ostania może. Do kraju, gdzie wszystkie moje perygrenacje się zaczęły.

Powoli zaczynam czuć się zmęczony. Czas może siąść na ławce znajomej w starym parku nad Wisłą. Tam, gdzie były zauroczenia pierwsze, pierwsze miłości, gdzie jako dziecko słuchałem Szopena.

Lonsdale Avenue przy Quay w Północnym Vancouverze i Polski Festiwal

Lonsdale Avenue przy Quay w Północnym Vancouverze i Polski Festiwal

Od jedenastu już lat w prominentnym miejscu Północnego Vancouveru, u początków Lonsdale Avenue na nadbrzeżnych tarasach widokowych, organizowany jest Polski Festiwal. Od samego zarania robi to organizacja polonijna „Belweder” pod kierownictwem pani Urszuli Sulińskiej[i]. W latach ostatnich wspomaga ją w organizacji tego Festiwalu pani Iza Sobieska. Udział biorą też zacne członkinie Federacji Polek, Grupa Taneczna „Polonez”, organizacja „Barka” o charakterze pomocowym dla osób z uzależnieniami. Spotkałem z radością Patrika May – Kanadyjczyka o ‘polskim sercu’, wielkiego admiratora muzyki Szopena i organizatora Vancouver Chopin Society[ii].

Bardzo udanym było włączenie do występów świetnego bułgarskiego zespołu tanecznego, który scenę ożywił w sposób znacząco lepszy niż zespól polonijny „Polonez”. Jeśli radzić mogę, to bym sugerował, aby „Polonez” nie zawsze i nie na każdej scenie tańczył … poloneza. Ten prosty z pozoru tylko taniec jest w sumie bardzo trudny dla małych scen i traci wówczas swoje dostojeństwo i powagę. O wiele lepiej by wypadł mazur, kujawiak czy nawet krakowiak. Każdy z tych tańców mógłby być tańczony nawet w kontuszach, jakie użyto dla niefortunnego poloneza.

Wśród zaproszonych gości na scenie przemawiali Mayor North Vancouver i pani Konsul Generalna RP. Potem wystąpił miły młody prezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej oddziału BC. Na końcu kilka słów powiedziałem i ja w skrócie przypominając o znaczących osiągnięciach twórców i artystów polskich zamieszkałych w ostatnich dziesięcioleciach w Greater Vancouver i ich wkładzie dla Polski i Kanady.

A to włąśnie rzeżba ‘Raphsody of the North’ Ryszarda Wojciechowskiego wykonana na zamówienie Rady Miejskiej North Vancouver. Stała kiedyś tuż nad miejscem, gdzie był Festiwal. Potem przeniesiono ją nieco dalej do budynku teatru na Lonsdale -przeszedłem całą tą ulicę i rzeźby już nigdzie nie widziałem.

A był znaczny, w każdej bodaj dziedzinie: kompozytorzy (Ryszard Wrzaskała), rzeźbiarze (Ryszard Wojciechowski); poeci (Grażyna Zambrzycka, Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, piszący te słowa Bogumił Pacak-Gamalski, Tomasz Michalak, Karolina Piotrowska, Ryszard Tylman, w mniejszej może skali Piotr Siedlanowski, Leszek Buczyłko, Ryszard Kryłowski, Edward Dornia, świetny tłumacz współczesnej literatury irlandzkiej Roman Sabo-Walsh; teatr (aktorzy i reżyserzy –  Jerzy Kopczewski, Anna Gradowska, Elbieta Kozłowska, Anna Ślązkiewicz, Julia Siedlanowska, Jerzy Koplinger, a zdecydowanie największe zasługi dla polskiej sceny teatralnej w Vancouverze należą się panu Czumie, aktorowi z bardzo popularnego serialu telewizyjnego „Beachcombers”, który przejął prowadzenia teatru, nota bene synowi bohaterskiego dowódcy obrony Warszawy w 1939, gen. Waleriana Czumy; malarze (Andrzej Brakoniecki, Dariusz Bebel, Ryszard Kiełb, Wiesław Repnicki; wydawnictwa: Rocznik Twórczości „Strumień” i piszącego te słowa redaktora naczelnego tego rocznika, tygodniki Andrzeja Jara, Elżbiety Kozar, Andrzeja Manowskiego.

Anna Gradowska była nade wszystko znawcą historii sztuki (była założycielką Wydziału Sztuk Pięknych na Uniwerytecie w Caracas w Wenezueli) i publikowała na łamach „Strumienia” cykl esejów o sztukach wizualnych.  Nie wolno też pominąć pracy i wydanych opracowań historycznych profesor Marri Jarochowskiej. Olbrzymią w tym temacie propagowania i rozwijania polskiej kultury miała organizacja ‘Pod skrzydłami Pegaza’ prowadzona przez Krystynę Połubińską; oraz powstała trochę później i równolegle z późniejszą działalnością grupy pegazowskiej działalność pani Ireny Gostomskiej i jej Grupy „Epizod”.  Dużą pomoc i wsparcie w prowadzenie wówczas tej całej działalności i aktywności kulturowej mieliśmy zawsze od kolejnych Konsuli Generalnych RP. W tym miejscu składam im wszystkim podziękowanie. Bliski współpracownik redakcji “Strumienia” z niezastąpiona edytorką, Ireną – jeden z ojców polskiego dezajnu (design), były rektor ASP w Warszawie – Andrzej Wróblewski. Tobie i Irence składam osobne i wielkie podziękowanie za rady, wspaniałomyślność i cierpliwość.

Mógłbym wyciągnąć ze szpargałów mojego własnego archiwum wiele jeszcze nazwisk i wydarzeń. Osób i grup, które utkały bardzo bogatą tkaninę kultury polskiej i jej osiągnięć w tym pięknym mieście nad Pacyfikiem. To by już poza oryginalne ramy tego tekstu zbytnio się rozlało. A i czasu już dla tych tematów kronikarskich nie mam. Pewnie ostatni raz na te tematy piszę. Ale warto wiedzieć skąd przyszliśmy i co zrobiliśmy.  Bo wbrew pozorom to nie spiże, nie stan kont bankowych i ilość nieruchomości tworzy najtrwalsze fundamenty historii człowieka i grup ludzkich – tworzy je Kultura, ta wyższa, z dużej litery.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   


[i] Home | belweder

[ii] The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

Rose Garden extravaganza in Stanley Park

Rose Garden extravaganza in Stanley Park

Oh, I could go on and on about this park. As you already know I love it as a living creature, someone very close indeed. I think that the park senses it themselves (as I don’t know the gender of this massive green creature, I will use the third person pronoun). They like me , too as I can sense it also. The huge trees sway a bit , when I look at them; the low lying grass and small shrubs smile at me. Old friends for few decades by now indeed.

Last time I went to Beaver Lake it was truly quite a few years ago. My sisters came to Canada that year from Poland, and we took our Mom with us (she truly liked that lake and the entire park) for nice slow walk. Therefore that afternoon yesterday was once more my walk down the memory lane.

From the lake I biked down the Pipestone Road to Rose Garden. Smiling shadows of my Mom and our dear friend Irena Kropinska were with me – both of them absolutely loved that garden, the Kingdom of Flowers.

Magiczna Rzeczywistość – Słoneczne Wybrzeże (Sunshine Coast)

Magiczna Rzeczywistość – Słoneczne Wybrzeże (Sunshine Coast)

Świat, gdzie magia miesza się z rzeczywistością. Sina dal morskich zatok, otulona gęstym wiankiem zielonych stoków skalistych wysepek pochylających się nad gładkim lustrem oceanu, drży regularnym rytmem silnika statku w rejsie do przeszłości i do jutra skrytego za kotarą dnia chylącego się do zmierzchu.

Jeszcze moment, jeszcze chwila i cała ta idylla spłonie jak Feniks w kaskadach karminu zachodzącego  słońca, które spłyną jak rzeka lawy do oczekującego je morza.

Oto zapiski wędrowca z kijkiem w ręku. Wędrowca spod Bay of Fundy wielkiego Atlantyku, od skalnych zatok sinego Pacyfiku Północy z ogrodami wielometrowych zielonych glonów.

Po latach, po milleniach będę stał w tym miejscu, dotykał stopą skamieniałych strumieni tej lawy, która tutaj spotkała się ze światem wody, resztek pra-oceanu, życiodajną Panthallezą[i]. Będę znajdował resztę odbitych, jak na fotograficznej kliszy, nieznanych liści, gałązek, rowków wyżłobionych przez jakieś robaki, skorupiaki i kręgowce, które żyły na stokach tej góry lub w dolinkach u jej stóp na minutę przed wielkim wybuchem. Wielka eksplozja nagle rozsadziła połowę tej potężnej góry, resztę zalała ognista rzeka, która płynąc chłodła i krzepła. Krzepło też, tężało w jej teraźniejszym korycie życie, które znalazło się na jej drodze. Aż dopłynęło dysząc, sapiąc do krani wielkiej wody – matki wszystkiego, co żyje.

               Rozgniewana zuchwałością ognistej lawy Panthalleza stuknęła laską w grzbiet lawy i rzekła: dosyć! Ni kroku dalej! Tu zostaniesz. Stworzysz skalisty mur obronny przed dalszymi potokami głębin twojej ojczystej góry. Ja jestem życiem, ty – zniszczeniem.

Dałam ci kiedyś więcej swobody, cofnęłam swe królestwo, by dać tobie możliwości zbudowania życia, pokoju i szczęścia. Byłam twoją matką, Pangeą.

Będąc starą matką smutno westchnęła: jesteś synem marnotrawnym. Popełniłam gdzieś błąd, przebacz.

               Stare kobiety w lekkich sukienkach, z laskami w ręku idą na plaże z wnukami. Zostały też same, odeszli mężowie-rybacy, mężowie-poławiacze ostryg w Powell River. Na wielkim cmentarzysku tych kolonii ostryg chodzą tylko Chinki w czarnych szerokich kapeluszach, z wnukami obok uczących się od babć wyrąbywania kolonii jeszcze żywych ostryg. Olbrzymie cmentarzysko już wymordowanych ostryg powiększa się każdego roku.

W nocy, w gęstym lesie olbrzymich tuj i sosen w Stillwater, gdzie rozbiliśmy namiot, słychać głośne oddechy i charakterystyczne, głośne rzucania się bokiem wielorybów. Śpiewają do siebie, do braci i sióstr. Ich odgłosem idziemy, po omacku prawie, w tej prastarej dżungli Północy, na skały nad wodą. Tam dopiero można spojrzeć w niebo i zobaczyć bez jakichkolwiek zakłócających ciemność świateł, niewyobrażalną wręcz orgię Drogi Mlecznej. W tych milionach jaśniejszych i mniej wyraźnych trudno wprost rozpoznać znane gwiazdy i zbiory. Ledwie doszukujemy się Wielkiego Wozu i Syriusza[ii] jasnego w Plejadzie Wielkiego Psa Oriona. To on szykuje się do rzutu oszczepem. Oszczepem w serce? W rozum? Ponoć ma moce nadzwyczajne odradzania, miłości, łączności z Kosmosem. Kochała go Izyda egipska, czcili Grecy.

Hej Syriuszu, oblubieńcu Izydy – podaj dłoń rozświetloną latarnią Oriona, rzuć całusa przez gęste mgławice niebios, niech poczuję drżące wargi na moich.

Czego to oślepienie reflektorami gwiazd nie zrobi! Jeszcze trochę abym rozpłynął się był w tej smudze gwiazd i gdzieś z jakimś mitycznym Syriuszem erotyczne fikołki wyczyniał. I co by na to wieloryby powiedziały stateczne i mądre? No, foki to już inna sprawa. Foki to takie wesołe rozrabiary i od psot niedalekie. A rano z tych samych skał poskakać się jeszcze chciało na ostatnie pływanie. Podpatrywanie fioletowych rozgwiazd, machanie ręką ze śmiechem do figlujących foczek. A statecznym wielorybom skłonienie się w półpasie.

Uroczy Lund, gdzie kończy się szosa, Powell River, Stillwater, Texada[iii] przed nami, skąd widok byłby na ukochaną Hornby Island[iv].


[i] w najstarszym okresie geologicznym Ziemi super-ocean, protoplasta dzisiejszego Pacyfiku

[ii] Alpha Canis Majoris

[iii] największa wyspa w bliskiej odległości od Sunshine Coast

[iv] mała wyspa (za nieco większą wyspą Denman) z połączeniem promowym od wielkiej Vancouver Island 

Pride Parade in New Westminster, Canada

Pride Parade in New Westminster, Canada

Saturday August 16, 2025 was culmination of Pride Week in New West, and traditionally there was a very popular parade. Unlike the huge march in Vancouver with floats and thousands of people marching long route through the city – in West the parade is a parade of the entire downtown core and whoever wants to come. I was glad that it was extended all the way to the old train station building (a popular restaurant for many years now). Back in the day it was a short two blocks of partying and dancing between 4th and 6th Streets. Nowadays it takes the entire length of the street from 4th by the Queens Hotel to 8th by the old tran station. There was no march but just folks mingling with each other and multitude of kiosks offering trinkets, food, drinks, fun games, information booths, There were stages for dance music, stages for performances. Loads and lots of fun – simple. And thousands of people showed up. Met quite a few old friends back from my time, when I lived on the other side of the river, in Surrey. They were grayer, older – but still kicking the butts, LOL. Among them the organizers of the parades in New West and in Holland Park in Surrey, where I first get to know them personally and chatted with them many times. They are still doing the same here, although Surrey no longer does big event for gay community. I think that was at that time in Surrey’s Holland Park I met first time Jeremy Perry, who was still single guy at that time (or was it in the old Heritage Pub in New West and in Surrey we just simply met and chatted – can’t remember that now). Jeremy is now happily married but still works hard for the community in New West. Great guy.

Voila – the guys who works their butts out for years for the community:

… and in New West, 2025 – thank you guys. And Jeremy, where is he? On the picture of course, with me next to him, in the same park in Surrey and the same year 2014.

I will start with few picture prior to the actual parade to show you the hard work organizers and vendors and very friendly (and handsome, always thought that the New West cops very the best dressed and looking in entire Greater Vancouver – seriously had a crush on them, LOL) police officers, who wore very nice badges special badges for that occasion.

and slowly the street filled out with people …

Hidden gems of West Vancouver shoreline

Continuing my explorations and re-visiting old familiar places, I went the other day to the picturesque Old Marine Drive.  Used to like to take it for the vistas it offered while passing many coves. Was shocked (or sad?) how much the cove with the marina has changed. There was not even half the amount of yachts and boats in the older days. It was actually tranquil. Not so much anymore – au contraire.

But I never really stopped in previous years to explore the shoreline more acutely. I think once I was intrigued if you could observe the ferry passing on its way from Horseshoe Bay to Nanaimo. I hardly ever took that route, it was just easier (and less busy at that time) to take one from my home terminal in Tsawwassen.  However, I did take often the small ferry to Bowen Island – my Mom just loved it over there. We would put lot of snacks and some food to the cooler, and would take a little propane stove and she would be happy on that little last beach facing the Howe Sound. There were so many black and salmon berries there – incredible. I would swim and fish there too, and mom cooked the fresh fish. She really loved it there.

I was going to take that little ferry again now, but the timing was not good. One just left and the other would have been too late to have time to truly enjoy the visit.  Therefore exploration of the shoreline was in order. And I did what I could, starting with Whytecliff Park. Never knew there was such a maze of rocky trails with unpararelled vistas of the Salish Sea.

Next was, unknown to me before, little marvel cove called Caulfeild Cove. There is a monument there to the memory of on British vice count Francis William Caulfeild, who at end of his career v-ce was appointed the rank of Admiral of Royal Navy and served during the 1 world war under the British Imperial ensign. As far as I could search from British Office his bio, he was neither very successful commander nor liked by his crews and got the distinction in Admiralty only at the end of his active career, so he would not command a ship anymore and do more damage, LOL. Having a British Peerage (due to his aristocratic birth) called for such military title though.

However – the cove by his name is a true and true marvel to explore. Highly recommend. Be careful though during rain – rocks are very high and could be very slippery.       

Lynn Valley and Canyon in West Vancouver

Lynn Valley and Canyon in West Vancouver

Located between two mountains, Mount Fromme and Mount Seymour, it is a gem of wilderness, long wooded trails, and a breathtaking canyon. The suspension bridge acts as magnet for many hikers, specially with kids – hiding the fear of the ,moving’ bridge and wild white water cascading below adds the extra thrill that everyone seeks from time to time. Mind you, they have made the bridge nowadays wider and more stable, and I am not sure if it was good idea. If you were able to walk the long trail to get to that bridge, than regardless of age you shouldn’t have any problems with traversing the old bridge. Anyhow, whats done is done.

I just love the old giants in the forest, covered with thing dangling green moss that looks like huge mustaches and beards.

Swimming in the fast moving waters is not for everybody but there are definitely spots were access is possible. With me left leg still not healed from the accident it was difficult to get across the big underwater boulders to these waters for a swim. But I did. And the swim in this gorgeous water was heaven. Here are some photeys of our trek there: