Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

Zimowy spacer w Stanley Park

Zimowy spacer w Stanley Park

Moja Lost Lagoon w moim Stanley Park. Czy jesteś zagubiona, tak jak ja? Dlaczego? Co lub kogo zgubiłaś, kto cię zostawił, lub opuścił?

Ach, wiem – tęsknisz do swojego morza, do spotkania ze skałą Siwasha. Tęsknisz do swojego odwiecznego Salish Sea[i]. Teraz jesteś wodą słodką, a byłaś zawsze słoną. A ja, pytasz? Ja ide w moje, popłatane ścieżki mojego starego parku. Nie sięgam swoja ludzką pamięcią dni, gdy ty byłaś słona i szczęśliwa. Ale pamiętam i poznaje Twoje szuwary i trzciny z pięknymi brązowymi pałkami, pamiętam wyspy pływające kwitnących nenufarów. Pamiętam głodny dotyk ust i rąk młodych kochanków parna nocą lata w dzikich alejach parku otaczającego ciebie. Potem kąpiel  nocną nagich ciał na Trzeciej Plaży[ii].  Potem … .

Potem, już nie było potem. Potężne fale Atlantyku, po drugiej stronie mego kanadyjskiego świata, rozbiły, rozmyły ścieżki do potem. Wymyły ze stron słownika słowo ‘potem’. Potem jest pustką, a nie oczekiwaniem. Potem jest tym samym każdego dnia, każdej nocy. Każdego roku. Dni, noce i lata podobne do siebie, jak dwie krople wody, przemijają beż śladu, następują po sobie trochę niechciane, niepożądane. Czas nie jest ani złośliwy, ani bezwzględny. On po prostu jest, płynie nie zatrzymując się. Czas nie ma czasu dla rzeczy tak mało użytecznych, jak człowiek.

                Cedry w moim parku w Vancouverze trwają prawie wiecznie, nigdy po prostu być nie przestają. Nim skruszy je śmierć dbają, by z ich korzeni, pni zmurszałych wyrastały już nowe, młode cedry. Swoisty rodzaj reinkarnacji botanicznej. Z prochu, próchnicy człowieka nie wyrasta nic, na pewno nie wyrasta nowy człowiek.

Więc śpiewaj puszczo dumna hymn życia. Niech cieszą się strumyki żywej wody płynące pośród twych korzeni. Spłyną do Zagubionej Laguny i opowiedzą o katharsis, o odradzaniu się, o trwaniu.

Wszak i ty, laguno powrócisz do morza, lub morze przyjdzie po ciebie, przytuli, przygarnie, jak macierz pamiętająca, trwająca wiernie.

Ja tylko jeszcze parę wierszy napiszę, kilka wierszy innych poetów przeczytam. I to wszystko. Wiersze to też tylko słowa, nic więcej. Przyjdzie wiatr i je porwie. Może rozsypie te słowa, jak nasionka, w jakimś starym parku i może drzewa je posłyszą w poszumie swych liści nim pofruną podmuchem i upadną – niepotrzebne – na bruki miasta, które też już dawno temu umarło. Miasta, którego ulice i domy będą kruszeć i zacznie powoli je zarastać trawa, krzewy i młode drzewa.

Tempus transit et homo est impermanens[iii]


[i] wody oblegające Vancouver, to część tego morza; cieśninę między Vancouverem a Wyspą Vancouver koloniści brytyjscy nazwali Georgia Straight na cześć panującego wówczas króla Jerzego III.

[ii] plaże morskie w Centrum Vancouveru nazywane są liczbami: od Pierwszej tuż przy moście Burrard, przez Drugą na wysokości Lost Lagoon, po najdalej wysuniętą Trzecią.

[iii] czas płynie, a człowiek przemija.

Biblioteki – sapere aude

Immanuel Kant w swoim uczonym eseju o wiedzy, jako motto użył słów Horacego: sapere aude[i]. I jakże słusznie. Chciałby się krzyczeć na całe gardło: nie lękaj się wiedzy, bo ona cię wyzwoli!

Te zadanie i cel nauczyciela z Królewca, zadanie sposobu myślenia i poznawania świata, krzyczały i w mojej głowie, gdym wędrował po piętrach monumentalnej i pięknej Biblioteki Publicznej w Vancouverze[ii].

Biblioteki całego świata to najprawdziwsze kościoły, bazyliki, katedry ludzkości. Jedyne głoszące prawdziwe ‘słowo boże’ – wiedzę o nas i o świecie zbieraną i kolekcjonowaną od tysięcy lat.  Czy jesteś osobą wierzącą, ateistą lub gnostykiem (mój ‘krzyż’, który dźwigam) – idź do nich, do tych świątyń wiedzy, a zgłębisz w tej wierze swoje przekonanie, rozumienie tej wiary. Poznasz też, przynajmniej pobieżnie, podstawy tych, którzy wątpia lub wręcz przeczą twojej dogmie. Poznasz, choćby pobieżnie znowu, innych bogów lub demiurgów, w których miliony lub setki tysięcy wierzą. A przede wszystkim poznasz lepiej siebie, nauczysz się myślenia krytycznego (czyli argumentacji pro i contra niezbędnej dla każdego swobodnego myślenia) a nie ‘myślenia chcianego’[iii]. I nagle twój krąg domniemanych wrogów i przeciwników ulegnie skurczeniu do minimum nieistotnego, bo pojmiesz, że inny punkt widzenia nie jest ‘grzechem pierworodnym’ i nie jest zaprzeczeniem totalnym twojego własnego.

Ostateczne tak naprawdę jest tylko to, że któregoś dnia się rodzimy i któregoś umieramy. Reszta jest po prostu dopuszczalna i możliwa, ale nie jest gwarantowana lub przypisana ‘odgórnie’.  I wiedza jest przekazywana następnym generacjom, czyli jest kumulująca się. Aby ten proces nie był przerwany, byś mógł korzystać z tego testamentu mądrości niezbędny jest zapis tej wiedzy. Inaczej w każdym pokoleniu musielibyśmy czekać, na jakiegoś Archimedesa, który zechce się kąpać w wannie i obserwować różnice poziomu wody przed i po wejściu do tej wanny.

Literatura jest poniekąd pierwszym nauczycielem, pierwszym zbiorem tej elementarnej wiedzy o nas i o otaczającym nas świecie. Niczym więcej. To skarbnica wiedzy elementarnej, intuicyjno-emocjonalnej. Od Gilgamesza poczynając, przez historię Beatrycze, Romea i Julii i innych prototypów pragnień (lub lęków) emocjonalno-romantycznych. Nawet ta fantastyczna. Bo wyobraźnia i marzenia nie są ograniczone namacalną rzeczywistością. Są w pewnym sensie rzeczywistością augmentowaną.

Więc błagam chodźcie do bibliotek, korzystajcie z nich (OK, niech to będą nawet audiobuki – ostatecznie teatr, będący dzieckiem literatury – to wszak taki audiobuk rozpisany na wiele głosów). Ze staroświeckim upiorem podszepnę tylko: nic czytania w ciszy materialnej książki w ręku nie zastąpi, a już po pierwszym rozdziale bohaterowie opowieści mówią do ciebie swoimi własnymi głosami i niekoniecznie (?) są to przykłady choroby psychiatrycznej, LOL .

Mnie zachciało się przypomnieć cudną opowiastkę Tomasza Manna „Śmierć w Wenecji”. Te wakacje z młodym Tadziem, gdzieś na południu Europy. Miłość platoniczna, czysta jak anielsko zarysowany polski chłopczyk. Kiedyś (nie pamiętam gdzie publikowałem ni roku) napisałem esej o Tomaszu Mannie, o tym opowiadaniu’ i o jego synie, bardzo zdolnym i znanym też pisarzu Klausie Mannie. Jako, że nie mogłem znaleźć (w Polsce została?, którejś z przeprowadzek nie przeżyła?) pod ręką tego zbioru Manna-ojca – wybrałem się do tej wspaniałej, monumentalnej Biblioteki w Vancouverze. Książki jego syna, Tomasza, były a jakże, na parterze sumiennie miedzy literkami K i M. Ale dorobek Tomasza aż na szóstym piętrze! A tego dnia noga mi dość złośliwie dokuczała i w bibliotekach nie lubię używać wind. Wolę schody, bo wtedy mijając kolejne piętra, zaglądam z radością na półki ustawione tam z szeregami tysięcy książek. I się uspakajam – tak, ta mądrość pokoleń nie uległa zniszczeniu, znalazły dom dla siebie, schronienie. Więc cóż tam noga obalała! Są sprawy ważniejsze – książnice.

I dlatego cieszę się, że biblioteki są na ogół w gmachach solidnych, statecznych, imponujących. Tam wszak mieści się największe bogactwo całego społeczeństwa – książki.

A następnego dnia pojechałem mimo deszczu na spacer po mojej też bardzo lubianej Bibliotece w Surrey Central. Trochę, jak wielki statek, z łagodnymi falującymi poręczami, schodami. Statek, skojarzenie dziwne? Nie! To nasza Arka Noego – gdy inne, materialne bardziej wartości ulegną zniszczeniu, niech ta Arka z potopu uratuje naszą globalną mądrość i wiedzę: książki. Sapere aude.

I tyle ich noszę w serdecznej pamięci, małych i wielkich, a znaczących kiedyś w mym szukaniu prawdy o człowieku i świecie: ta warszawska na Koszykowej 26[iv], stara Biblioteka Polska w Paryżu[v], Biblioteka w POSKu londyńskim[vi], urocza mała Książnica w Pruszkowie z zakochanym w niej i w literaturze dyrektorem z fajką Grzegorzem Zegadło[vii].  


[i] lit. zaufaj wiedzy; odważ się wiedzieć

[ii] Central Library | Vancouver Public Library

[iii] ów strasznie irytujący argument głupców: ‘a ja sobie tak myślę i koniec, kto mi zabroni? Mam prawo!’

[iv] Aktualności – Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy – Biblioteka Główna Woj. Mazowieckiego

[v] Instytut Biblioteka Polska w Paryżu

[vi] Biblioteka Polska POSK – Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny

[vii] Portal informacyjny Książnica Pruszkowska – Książnica Pruszkowska

Fog in the Old City of the New World – Mgła w Starym Mieście Nowego Świata

Fog in the Old City of the New World – Mgła w Starym Mieście Nowego Świata

Continuation of my walks about with a camera in hand. Picture hunting, if you will. Of course, the term ‘Old City’ is heavy with irony, but the addition of ‘New World’ adds to it some justification. I do understand that in the Old World a hundred sixty odd years is an age of a baby, young teenager at best.

In New Westminster, December brings a lot with very foggy days and some time it combines the fog coming down from the slopes of mountains with the heavy fog flowing with the Fraser River from the valley.

An evening stroll through the main street , with the X-massy decorations combined with the New Year could be very charming. Romantic or magical. That’s how I was saying goodbye to the old year.

Powyżej zdjęcia z ostatniego w Starym Roku spaceru po starym mieście, otulonym opończą mgły i świątecznych neonów. Naturalnie, w Europie ta nazwa ‘stare miasto’ by była kompletnie niestosowna, LOL. Ale w Nowym Świecie sto sześćdziesiąt lat z okładem, to rawie antyk, LOL.

Poniżej zaś już przywitanie Nowego Roku w młodszym mieście – w Vancouverze.

The next day a stroll welcoming 2026 in younger city – Vancouver. And it does look splendidly at night time with all the lights and noise of modern metropolis.

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Dec. 18.25 Moodswing Cafe

Strangeness of time

I am, I’m what’s left of us.

Me broken, stooped, and slower.

Me lesser of what were us.

Still here, still trying to be.

Submerged in constant little

battles bloodless, but mortar

nonetheless – the floor as any

battlefield strew with small

partial , dismembered corpses

of me: an arm raised here,

eyes lurking impatiently,

heaving chest, dark nipples

                waiting for your lips

                or fingertips

Monday after Friday,

daylight after dusk:

all out of their order,

timeframes, expectations.

Books opened, never read

beyond few pages, with corners

bended at their upper edges.

An old clock showing time gone.

Not winded, as it would somehow

mark the transit of space.

No shadow of you in new

apartment you never lived in.

                But come and kiss my belly,

                or touch it.

***

Rain, wind, coldness.

Christmas is coming

to wet and windy city.

Why is it coming uninvited?

What should I not buy you

as a gift? What will you

not cook for me again?

Bluish cold lights of huge

electric metal irises

stare at me sitting

at Moodswing Café.

A couple sitting behind me

laugh and touch themselves.

I smile and pretend not to be

offended by their tenderness.

But I am, of course! What

right do they have to enjoyment?

I can be not understanding,

to be angry, egoistic, to be void.

After all – it is Christmas time.

The joy, the hope … o, spare me!

Yet … I am void and alone,

empty and hopeless, silenced.

But the couple, their laughter,

their touching and sparkling eyesight

                makes me remember, feel and taste

                your kiss, touch.

****

It is so much more than silence,

emptiness and want unanswered:

the eons of nibbling your earlobes,

tasting the saltiness of your skin,

erupting hunger that was fed and fulfilled.

The Tree of Love is greenish with

it’s leaves even in the deepest

of winter; in the dryness of dessert;

the bareness of Himalayan peaks.

In the Hannukhahs of Judea,

the Euprhates of Babylons,

in the Brahmaputras seeking Induses,

and Blue Niles washing Sphinxes.

It is the tiny Elbow River

at the footsteps of Kananaskis,

where I undressed you

to marble nakedness, and

made symphony in the grass.

Our Judea, our Palestine,

our Vilno and Polesie,

our Manhattan and Piraeus,

and our tiny Bragg Creek, where

I tore your coverings off you.

                Your Frederickton and my Torun;

                Chopin and Patsy Cline.


(Melriches Cafe, Dec. 26.25)

Jesteś ciągle blisko,

choć co raz dalej.

Rozmawiamy codziennie,

ale co raz krócej.

Trudno mówić o światach,

które są obce:

                mój dla ciebie,

                twój dla mnie.

A przeszłość? Przeszłość jest tam:

za tobą i za mną.

I nigdy się nie zmieni.

Nie uleci z niej jeden dzień

i nie przybędzie jej jednej minuty.

Będziesz w niej na zawsze

i ja tamten będę w niej.

Tylko ja dzisiejszy

nigdy tam nie wrócę.

Są drzwi, do których

nie ma klucza,

które nie mają klamek.

Na zawsze zamknięte.

Z tym jest mi najtrudniej

się pogodzić, oswoić, uznać.

****

Zostają słowa biegające

nerwowo, wystraszone

od ściany do ściany,

od dnia do nocy.

Krzyczą, ale nikt

im nie odpowiada.

W ciszy toną we łzie

przemienionej w ocean.

Zimny, głęboki, bezbrzeżny.

Jak tamten, tam właśnie,

gdzie zbudowałem nasz

Fort Miłości, w którego

korytarzach i komnatach

nikt nie mieszka.

Może kraby o zmroku

tam spacerują, dyskutują.

Może za dnia przysiadają

mewy zdumione lub znudzone.

                Miłość cicha, smutna

                o zmierzchu i o świcie

                w białej sukni snuje się tam.

Za dnia skrywa się zlękniona

w gęstwie rachitycznego

lasku obok, który zmaga się

z odwiecznym oceanem,

by przetrwać jeszcze jeden rok.

    Żal mi tej miłości, że nie

   nie miała czasu doczekać ciepłej

  starości w fotelu wiklinowym,

z termosem ciepłej kawy obok.

                Prowadzilibyśmy długie

                wieczorne rozmowy, grzane

                tym ciepłem, tym spokojem.

                Może byśmy układali razem

                przednocnego pasjansa?

(by B. Pack-Gamalski, Vancouver, 2025)

Pamiętajcie o beztroskim śmiechu – jest ważniejszy od poważnych twarzy

Pamiętajcie o beztroskim śmiechu – jest ważniejszy od poważnych twarzy

W centrum starego New Westminster jest, od wielu już lat, bardzo modernistyczny i nowoczesny budynek Convention Centre, zwany Anvil[i]. Miejsce spotkań: z lokalną sztuką, lokalnym rękodziełem, lokalnymi aktywistami socjalnymi.  Reasumując – miejsce spotkań sąsiadów, taki a’la ratusz minus cywilna i polityczna siatka biurokracji. Tam (City Hall) spotykają się politycy i biurokraci na niekończących się zebraniach, nasiadówkach i dyskutują, jak wydać nasze pieniądze; tu, w Anvil, spotykamy się my: mieszkańcy i robimy wystawy, potańcówki, prelekcje, przedstawienia teatralne, muzyczne. A jak Święta, to wiadomo – musi być coś wesołego, radosnego w kontraście do tej bieganiny zabójczej za jakimś beznadziejnymi i na ogół mało pożytecznymi prezentami, blichtrem, który nikomu żadnej autentycznej radości nie daje.

Kto, do takiej bezpretensjonalnej, lub może odwrotnie: pretensjonalnie tak nadętej do granic możliwości, że przez ten absurd staje się bezpretensjonalną zabawą, nadaje się najlepiej?

Tak, naturalnie – drag queens! Rzeczywistość jest dla nich absurdem pozbawionym sensu istnienia; normalność, to takie nudy, że na mdłości zbiera. Drag Queen, to de facto wolne ptaki w społeczeństwie, któremu odcięto skrzydła fantazji i wolności.

Więc wczoraj w tymże Anvil Centre Draqq Queens z New Westminster pofruwały nad nami swymi surrealistycznymi skrzydełkami, poskakały, pośpiewały i zagrały nam palcami na nosach-fujarkach.

Widziałem w swym życiu dużo lepsze drag show – ostatecznie to jest forma wysokiej sztuki scenicznej, wymaga talentu i ciężkiej pracy – ale te było, jakby ad hoc zorganizowane, nie po to by olśnić skomplikowaną choreografią i treściami a po to, by wywołać uśmiech na twarzach znużonych świąteczną bieganiną. Trochę beztroski, po prostu, zwyczajnie. Trochę dziecka w nas obudzić.

No i z radością patrzyłem właśnie na twarze stosunkowo licznej grupy dzieci, które też przyszły to widowisko oglądać – te były najszczęśliwsze i oklaski dawały najgorętsze! Być może z całego showu – to właśnie rozbawiło i rozczuliło mnie najbardziej. Ta reakcja radosna tych dzieci.

Christmas, for some, could be difficult. It is now for me. But for most it is also very tiring end of weeks of shopping and running after the best deals for presents and trying to remember about others. Sadly, most of the gifts is not really what our dear ones need. They just need us – not our wallets and boxes of more ‘stuff’. But, be as it is – we are a bit cranky and tire of it all. Time for some simple laughter, joy unpretentious, simple. Child-like perhaps?

That is exactly what the small sow of drag queens in Anvil Centre in New West offered yesterday. Not feeling particularly joyful these days – I listened to suggestion of my friend and almost forced myself to go. What a simple and very modest yet natural drag queen performance it was! Laughter, joy. Screaming to the onlookers and the world – allow yourself for some magic, for being free for few hours. By what you perhaps wanted to but were too timid, be perhaps a child again with abundance of imagination a none of the barriers we erected later as adults.

That’s what they are – the drag queens. A possibility of ‘what if?’ or ‘why not?’. And it is wonderful, liberating emotionally. But the most joy I have received from the show, was not watching the talented performers – it was the laughter and the smiles of the children, who came with their families to watch the show! So seldom they can see their adult families and friends, to be brave enough to become someone else for a moment. To imagine.


[i] Anvil Centre

Teatr zaiste Wielki – rok dwóch Jubileuszy

Teatr zaiste Wielki – rok dwóch Jubileuszy

29 listopada w Warszawie. Gdzie? No jakże gdzie? Senatorską dojdziecie od Ujazdowskich lub z drugiej strony od placu Bankowego. Taki wielki gmach z kolumnadą podwójną i rozszalałą kwadrygą na szczycie. Pędzą te konie, aż piana spada im płatami po bokach! Jak to czemu pędzą? No przecież nie mogą się spóźnić na własne podwójne urodziny! Dwieście lat i sześćdziesiąt. Te pierwsze to od narodzenia, a drugie od odrodzenia.

Melomani i muzycy pewnie już wiedzą, o czym piszę, a ściślej, o jakim budynku, o jakiej instytucji.  Innym podpowiem – o Wielkiej Instytucji, tak w wymiarze materialnym, jak i emocjonalnym, duchowym.

Teatr Wielki i Opera Narodowa.

Może nie jest w powszechnej świadomości z tego znany – a jest raczej zdecydowanie wśród muzyków i melomanów – ale warto wiedzieć, że to największy na świecie budynek/kompleks operowy. Ilość podziemnych pracowni, maszynowni i dziesiątki (pewnie setki!) pracowników przekracza normalne wyobrażenie instytucji teatralnej.

Ani wspaniała stara La Scala, ani przecudny budynek Opery Paryskiej, ikoniczna bryła Opery w Sydney, ani marzenie solistów- Metropolitan Opera w Nowym Jorku nie mogą się z warszawską Operą kubaturą mierzyć.

To tu śpiewała Ada Sara, legendarna primadonna przedwojennej Warszawki. Tu spędził swoją całą karierę, a to ewenement wśród solistów operowych i baletowych, którzy zawsze szukają nowego engagemount po całym świecie, by zwiększyć międzynarodową sławę, wielbicieli i … apanaże. A ten, choć znany i uznawany za jednego z najlepszych basów świata – uparł się, że tylko tam. Naturalnie mówię o Bernardzie Ładyszu. Jedyny polski śpiewak, który nagrał płytę z primadonną wszechczasów, Marią Callas[i]. Tutaj dyrygowali bodaj najlepsi dyrygenci naszego globu, kompozytorzy. Z tą sceną związani byli wybitni polscy kompozytorzy – gwiazdy pierwszej wielkości na muzycznym firmamencie świata: Szymanowski i Penderecki. Tu śpiewała wspaniała sopranistka Wanda Wermińska, która we wczesnej młodości scenicznej występowała w Budapeszcie u boku legendarnego Szalapina. Maria Fołtyn, w 1953 odegrała na tej scenie wielką interpretację Haliny w produkcji „Halki” Moniuszki pod dyrekcja samego Leona Schillera (1953) – lata później obwiozła tą „Halkę” po całym świecie, by ten klejnot polskiej muzyki operowej rozsławić.

Tych kilka słów, to wszak jedynie muśnięcie warstwy operowej – Opery Narodowej. Wszak ten kompleks, ta Instytucja Kultury to też Balet Narodowy, to Teatr Narodowy (teatr w tradycyjnym, nie muzycznym wymiarze literackim).

I znowu najsłynniejsze nazwiska sceny teatralnej się sypią, a wśród nich bardzo kontrowersyjna, ale i niepospolitego talentu – Adam Hanuszkiewicz. Uczył nas przez kilka dekad, że dramat narodowy (ale i dramat światowy) można interpretować zupełnie inaczej. Pokazywał ostentacyjnie ‘figę z makiem’ krytykom i publiczności stołecznej. Czasem wydaje mi się, że tak się do tej roli kontestatora przyzwyczaił, iż robił to nie zawsze z potrzeby artystycznej, a ze zwykłej przekory: mam was w …, nie chcecie to nie musicie oglądać, zostańcie zastygłymi w czasie durniami-szlabonami. Przykładem bodaj najgłośniejszym była inscenizacja narodowej ikony Romantyzmu „Balladyny” Słowackiego. Balladyna na motorze na scenie Teatru Narodowego – obrazoburcze (jak na tamte czasy)![ii]

A Balet Narodowy? No a gdzie zacząć? Od kogo? Jerzy Gruca, Stanisław Szymański, Gerard Wilk, Waldemar Wołk-Karaczewski … nazwiska się sypią z szuflad pamięci tancerzy i tancerek wspaniałych. Wielką szkodą było nie pozyskanie dla pierwszej narodowej sceny baletowej wielkiego reformatora baletu Conrada Drzewieckiego, światowej sławy choreografa. Ale lata PRL to były czasy, gdy ludzie ze sztuką nie wiele mający wspólnego często podejmowali decyzje personalne z powodów tylko dla nich zrozumiałych[iii].

Na tej zaczarowanej scenie tańczyła moja ciotka, Bożena Gadzińska-Pacak. Wiele lat później jednym z czołowych koordynatorów Baletu Teatru Wielkiego został mój znajomy z lat mojej młodości Paweł Chynowski. Kiedy się poznaliśmy był najbardziej szanowanym krytykiem muzycznym z regularną szpaltą w popularny dzienniku „Życie Warszawy” i wielu pism specjalistycznych w tym temacie w kraju i licznych publikacjach zagranicznych. Wespół z Satanowskim doprowadzili do nadania baletowi Teatru Wielkiego samodzielnej pozycji Baletu Narodowego, niezależnej od Opery i Teatru. Nie przypuszczałem wówczas, że karierę zawodową zakończy na samym szczycie choinki narodowej kultury. Z tych wspomnień wyłuskuję też poznanie w Ciechocinku legendarnej Wandy Wermińskiej (wówczas już po zakończeniu kariery śpiewaczki). Spacerowałem z babcią po ciechocińskim Parku Zdrojowym, a tu nagle jakaś korpulentna pani krzyczy: Pani Wandziu, jak miło panią zobaczyć! Okazało się, że sopranistka znała babcię od lat bardzo dawnych. A mnie udało się wówczas poprowadzić z nią bardzo długą rozmowę. Z innych znajomych związanych z tym Teatrem był znany polski kompozytor i dyrygent Henryk Czyż, który na oczątku lat 60. ubiegłego wieku dyrygował w Operze Narodowej[iv].

            Ostatni raz byłem w naszej cudownej Operze Narodowej w 2018. Wybrałem się tam z mim siostrzeńcem Damianem na fascynującą operę Verdiego „Nabucco”[v]. Grana jest tam non-stop w każdym sezonie od 1992 roku. Nie wiem jakie sceny światowe tak „Nabucco” jeszcze wstawiają – z rozmachem, przepychem godnym splendoru Babilonii Nabuchodonozora. Na scenie pojawiają się żywe konie … ze własnej stajni Teatru Wielkiego, który jest ich domem! I w specjalnej windzie tam zbudowanej, która wwozi je prosto na scenę. Cóż więcej powiedzieć można? Która opera na świecie ma własne stajnie?


[i] Bernard Ładysz – wybitny śpiewak bez formalnego wykształcenia

[ii] “Balladyna” Słowackiego, reż. Adam Hanuszkiewicz – Renard Dudley — Google Arts & Culture

[iii] Conrad Drzewiecki – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iv] Henryk Czyż (muzyk) – Wikipedia, wolna encyklopedia

[v] Nabucco : Teatr Wielki Opera Narodowa

Granvilles

Granvilles

In Old French ‘granville’ means simply an old village. Were to be more than just one Granville – it must be than – obviously, LOL – ‘granvilles.  Simple. Therefore I walked through and through three of them. Started from the bottom of an old, yet sadly no so much venerable anymore, Granville Street in Downtown Vancouver. It truly used to be a pleasure to walk that street in my younger years. There was everything in there: places to eat, drink, dance, and pick up fellow or girl for an evening of fun, an old opera, and symphony building. It offered entertainment for high prices, and for very moderate pockets alike. It truly was the main thoroughfare of Downtown, for girls and boys, for gay and straight.

It still is interesting, still offers a little bit of everything to everyone. But it lost its grandeur, certain elegance (mind you – not haute couture, but elegance nonetheless). If Davie is paradise for LGBTQ people, Robson for shoppers and Burrard for expensive shopping – Granville was everyone and everyone liked strolling through it. I did.  Still do, but with a bit of sadness and … anger at the City Hall for allowing it to reach such a state. We already lost the section of old Hasting Street with the vicinity of Carnegie Library and Granville is not far behind.

Next ‘granville’ on my walking escapade was the Granville Bridge. Everyone should do it once a year! It is such beautiful old bridge and very well maintained for walkers. The views of Waterfront Vancouver, the skyscrapers off the horizon of Metrotown and Brentwood are truly something to behold, similarly as the vistas of the sister Burrard Bridge, and of the English Bay and Bowen Island.  From that perspective you are reminded that Vancouver is still dear and beautiful city, regardless of all the shortcomings in the last decade.

Warszawa ma Aleje Jerozolimskie biegnące od Centrum ku Wiśłe i na most Poniatowskiego do Ronda Waszyngtona – Vancouver ma Ulicę Granville biegnąca od Centrum Vancouveru (Waterfornt przy fiordzie Burrard) na most Granville, a po drugiej stronie mostu – wysepkę Granville. Czyli są trzy Granville. Każdy ze swoim specyficznym charakterem i kolorytem. Od mostu poczynając otwierają się przepiękne widoki na zatokę Angielską (English Bay), uroczą architekturę Zachodniego Przedmieścia (West End), Stanley Park, a wszystko zamyka dość wysoka wyspa Bowen.

Po drugiej stronie mostu otwiera się widok na mała wysepkę Granville w dole. Dawniej czysto przemysłowy i mało ciekawy teren dla różnych warsztatów i fabryczek – dziś zaczarowany świat sklepików, galerii sztuk, teatrów, strumieni, hoteliku, kafejek, restauracji i świetnego targu, gdzie znajdziesz każdy towar. Cóż dziwnego, że tą właśnie nazwę wybrano – granville, czyli w starofrancuskim: gościniec.  Bo gościniec musi podróżnego kolaską dowieźć i do gospody z noclegiem i pożywieniem, i do straganów przekupek lokalnych. A zawsze gdzieś na targu znajdzie się skrzypek, śpiewak, jaką trupa cyrkowo-teatralna.

Przechodząc koło Front Theater przypomniałem występy tam samej wspaniałej warszawskiej gwiazdy teatru – Magdy Zawadzkiej. Grała tam z naszym, z Vancouveru rodem, amatorskim Teatrem Popularnym. W 2011 występował tu Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach z niesamowitą inscenizacją „Samotności pól bawełnianych” Bernarda Coltesa, o czym pisałem na łamach Instytutu Teatralnego im. Raszewskiego[i]. Szerzej o teatrze polskim w Kanadzie pisałem w szkicu historycznym w nr 5 w 2009  Rocznika Twórczości „Strumień”[ii].

A te galeryjki sztuk wizualnych, ach! Co za urocze miejsca i chwile w nich spędzone nie do zapomnienia. Tego dnia spotkałem się tam w Galerii Federacji Artystów Kanadyjskich z Aldoną Dyk, która miała tam jedną ze swoich prac w aktualnej serii wystawienniczej. Długa i świetna rozmowa z nia i jej przyjaciółka, kanadyjska malarką o malarstwie, która szybko popłynęła od warsztatu malarskiego ku teorii sztuki, i dalej na szerokie wody filozoficzno-estetyczne o jej roli w poznawaniu świata i człowieka. Wcześniej nieco wprost fantastyczna wizyta w następnej, bardzo specjalnej, galerii i warsztatach artystycznych „Arts Umbrella”[iii]. Ta galeria i programy, które oferuje, jest całkowicie poświęcona dzieciom i młodzieży artystycznej, zwłaszcza tej, która być może nie miałaby dostępu do tego rodzaju twórczego rozwoju swej osobowości i talentów. Ja byłem zaszokowany dojrzałością, głębią i szalenie silna emocjonalnością oglądanych na ich wystawie prac.


[i] Wstrząsające przeżycie teatralne | e-teatr.pl

[ii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iii] Arts Umbrella | Arts Education in Metro Vancouver