Bogumił Pacak-Gamalski-Graham
Listopad jest dziwnym miesiącem. Miesiącem mgieł, deszczy, chłodu. Coś odchodzi, coś co było ciepłe, miłe na dotknięcie, wonne na wdech. Lato i wiosna mają inne światy i skojarzenia. Och, i w nich są dni wilgotne, zapłakane, wietrzne, dni wspomnień smutnych. Pustej poduszki obok twojej, poduszki na której nie odpoczywa żadna głowa, żadna twarz serdeczna.
Lato zawsze niesie jakieś oderwanie się od smutku, jakieś spacery i zachwyty nad kwiatami, jakieś plaże, jakieś zwykłe ciepłe leniuchowanie. Listopad tego nie ma. Nie ma nawet zimy potrafiącej mieć swoje białe szaleństwa i śmiechy przy budowaniu bałwanów, przy bitwach na śnieżynki.
Dla niektórych, a jestem jednym z nich, listopad to też miesiąc wielkiej Straty i Bólu. Egzystencjalnego, ale i bardzo osobistego, prywatnego. Bólu, którego nikt i nic nie potrafią ukoić, złagodzić.
Potrafię jedynie rozmawiać z tym bólem swoimi wierszami. Bo rozmowa zawsze pomaga, nawet rozmowa z samym sobą.
LISTOPADY
Listopadzie łkań, listopadzie słów bezdźwięcznych,
mokry, każdego dnia obumierający, grzebiący liście,
kwiaty. Odchodzący w czeluść gęstej mgły, która
drży na dźwięk słów, zaklęć, mgły wiecznie szlochającej,
rozwianej w marzeniach, chcieniach i pragnieniach,
które nigdy z jej gęstwiny, z tej starej, dzikiej
puszczy nie wyjdą. Tylko szumią szumieniami.
Gdzieś, w oparach tej mgły tańczą Eurydyki
marząc o Orfeuszu. Ten nigdy nie znajdzie
drogi w gęstych sinych chmurach do żadnej z nich.
O ileż łatwiej znaleźć drogę do Tartaru,
niż do tych korytarzy, komnat puszczy mgielnej!
A czekam na ciebie przecież każdego roku,
na twoje mgły, twoje słone łzy z atlantyckich plaż,
gdy prowadził mnie za rękę mój Orfeusz,
moja róża, moja niezapominajka zórz,
z błękitnymi oczami, moje nocne ekstazy
i poranne szczęścia, gdy na poduszcze obok
spoczywała twoja twarz, gdy czekałem kiedy
otworzysz okna swoich oczu zza firanek rzęs
i będę w nich oglądał maj ze śpiewem ptaków,
lipiec z owocami nabrzmiałymi słodkim sokiem
rozkoszy, drżenia, chcienia i uniesienia.
Przeklęty listopadzie, który zabrałeś moje
wypełnienie! Czekam na ciebie moje Szczęście,
otulonego opończą mgły, by pamiętać
razem całą przeszłość, kiedy mgły zalecały
się, były zabawne, zalotne: nasze życie.
B. Pacak-Gamalski, 03.11.26
Moja Poezja
Zmęczona siedzisz przy oknie,
nie chcesz ze mną rozmawiać
i patrzysz smutno przez szybę
na jesienne mgły tulące
złoto-żółte korony drzew.
Dlaczego milczysz poezjo,
skąd smutek twój, czyżbym ci
ranę zadał, może zdradził
słowem lub gestem niechcącym,
nieprzemyślanym, zbyt płytkim?
Slowa leżą bezczynne na
białozimnym parapecie.
nie pozbierane, milczące.
Bez linijek, bez znaczenia,
jakby straciły swą wagę,
potrzebę istnienia, rozmów, nieme.
A chcą rozmów nowych, które
dodaja odwagi, światła.
Z drugiej strony szyby stoją
twarze, patrzą się milcząco.
Też nie mają dźwieków mowy,
lub też nic do powiedzenia.
W jaki sposób Michał Anioł
w zimnej, obcej skale marmuru
zbudził gorące łzy Piety?
Skąd brał pewność, że Bóg dotknie
palcem życia dłoń Adama?
B. Pacak-Gamalski, 01.11.26
Znowu wracam do noweli Tokarczuk “Anna In w grobowcach świata”. A przecież to wcale nie jest opowieść o Annie In. To opowieść o szarej, zwykłej, zmęczonej szukaniem ratunku Ninie Szubur. Tej, która sama wyznaje: ja jestem żadna i nieważna.
Anna In była kimś, była boginką, była najmądrzejszym dzieckiem Trzech Ojców wszystkiego co jest, było i będzie. ułożenia świata.
A Nina była kropelką, literką Miasta-Świata. Trybikiem małym. I ten trybik, ta istotka podjęła się dzieła odwrócenia wyroków Mądrej Trójcy Ojców świata. Chciała być tymże Orfeuszem, który wybłagał, wymógł powrót Eurydyki. Powrotem z góry ukartowanym przez Trzech Ojców w tragiczną pułapkę.
Wszak Anna In-In Anna jest też moim wcieleniem, wcieleniem mojej eurydyki Mojego Chłopca. Wcieleniem, którym oblekam się w dni listopadowej mgły i słoty, gdy wołam jego twarz, jego oczy, jego ręce. Gdy głaszczę jego miękkie włosy. Wiem, że to czyny i pragnienia bezskuteczne, skazane na obrócenie w nicość. Tyle, że ja, ten trybik tu i teraz już istnieć, być nie potrafi.
Smutne? A przecież smutek potrafi być tak piękny, a Piękno to po prostu inne imię Miłości. Życie bez piękna staje się po prostu egzystencją od A do Z. Spacerowalibyśmy wówczas ulicami Umarłego lub Nieczułego Miasta.
Można jeszcze o tym dłużej i więcej pisać. Można – gdyby było o maju lub lipcu. Nie można, bo dni listopadowe są krótkie, przychodzi noc i litery, które nie znoszą ciemności uciekają z kartek.